Niektóre historie nie dają o sobie zapomnieć tuż po odłożeniu tomu na półkę. Wchodzą głęboko pod skórę, wywołują czytelnicze ciarki i sprawiają, że jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony wracamy myślami do tego, co wydarzyło się na kartach powieści. Dokładnie takiego uczucia doświadczyłem podczas lektury „Zapłaty dla Flecisty” – niezwykłego owocu współpracy dwóch wybitnych twórców: George’a A. Romero oraz Daniela Krausa.
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością tych autorów i powiem Wam krótko: z miejsca zdobyli moje czytelnicze serce! Zaimponowali mi absolutną kreatywnością pisarską i bezkompromisowym kunsztem tworzenia niepowtarzalnych, gęstych historii. Jeśli szukacie lektury, która powali Was klimatem, złapie za gardło i nie puści aż do ostatniej strony, to trafiliście pod właściwy adres.
Przenieśmy się na chwilę do Alligator Point w Luizjanie. Miasteczko liczy zaledwie 141 mieszkańców. Przeczytajcie tę liczbę jeszcze raz: stu czterdziestu jeden. To nie jest tętniąca życiem metropolia. To odcięty od reszty świata skrawek lądu, wciśnięty między zdradliwe, parujące bagna, gdzie powietrze jest tak gęste od wilgoci i przeczucia nadchodzącej katastrofy, że można je niemal kroić nożem. Autorzy fenomenalnie budują ten osaczający, klaustrofobiczny klimat. Czuć tu zapach stęchłej wody, słychać chrupot gałęzi pod stopami i widzi się opary mgły podnoszące się nad moczarami.
W tym miniaturowym mikroświecie od pokoleń krąży legenda o Fleciście — przerażającej, morderczej istocie, która rzekomo porywa dzieci. Przez lata opowieść ta była traktowana jako wygodny straszak na najmłodszych albo lokalny koloryt, którym można przyciągnąć ciekawe świata niedobitki turystów. Wszystko zmienia się w momencie, gdy w Alligator Point dochodzi do serii wyjątkowo brutalnych zbrodni i tajemniczych zaginięć. Dawne przekazy ustne przestają być tylko folklorystyczną bajeczką do poduszki.
W centrum tych wydarzeń staje młoda Renée Pontiac. To postać wyrazista, pełna determinacji, która jako jedna z pierwszych zaczyna łączyć kropki. Dostrzega, że za ciągiem koszmarnych zdarzeń nie stoi żaden przypadkowy szaleniec czy dzikie zwierzę z bagien, ale coś znacznie bardziej przerażającego i zakorzenionego w samej tożsamości tego miejsca.
To, co wyrabiają w tej powieści Romero i Kraus, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Trzeba z całą mocą docenić ogromną kreatywność autorów w stworzeniu tej historii. To nie jest zwykła historia o potworze z głębin; to pełnokrwista, przemyślana i wielowarstwowa konstrukcja. Odkrywanie kolejnych kart tej opowieści okazuje się fascynującą literacką podróżą, która na zawsze pozostaje w czytelniczej psychice.
Autorzy nie grają tanimi chwytami. Nie zasypują nas tanim rozlewem krwi na każdej stronie bez ładu i składu. Zamiast tego powoli, z aptekarską precyzją, dokręcają śrubę. Styl i narracja są tu po prostu wybitne. Sposób budowania historii, dawkowanie napięcia, przeplatanie współczesnego przerażenia z historycznym cieniem dawnych grzechów — to wszystko zasługuje na najwyższe uznanie.
Okazuje się bowiem, że aby ocalić Alligator Point, mieszkańcy nie mogą po prostu chwycić za strzelby i pójść na bagniska. Muszą zrobić coś znacznie trudniejszego: zmierzyć się z niechlubną, mroczną przeszłością własnych przodków. W tle całej sprawy pobrzmiewają echo i spuścizna Pirates Lafitte — osławionych handlarzy niewolników. Autorzy genialnie łączą tradycyjny motyw grozy z historyczną traumą, pokazując, że niektóre grzechy sprzed wieków wsiąkają w ziemię i czekają na swój moment, by żądać krwawej zapłaty. Pytanie tylko: kto i ile będzie musiał zapłacić?
Rzadko zdarza się, by dwóch autorów stworzyło dzieło tak spójne i organiczne. George A. Romero (mistrz grozy, którego nikomu przedstawiać nie trzeba) w połączeniu z literackim talentem Daniela Krausa stworzyli wybuchową mieszankę. Zachwycili mnie kunsztem tworzenia niepowtarzalnych historii, w których potwór nie jest jedynie straszydłem z zębami, ale symbolem zbiorowej winy, pamięci i wyparcia.
Postaci są wykreowane z krwi i kości. Znamy ich lęki, słabości i małostkowość. Mieszkańcy Alligator Point to nie bezimienne ofiary do odstrzału, ale ludzie z własnymi tajemnicami, co powoduje, że każda kolejna strona dostarcza mnóstwa emocji. Czytelnik z jednej strony chce pędzić dalej, by poznać prawdę o Fleciście, a z drugiej — ma ochotę zwolnić, by delektować się niesamowitym, dusznym klimatem.
Dla mnie to powieść absolutnie godna uwagi, dopracowana w każdym detalu i wyróżniająca się na tle współczesnej literatury grozy. Dlatego też mogę śmiało dodać, że książka z nawiązką zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, stając się niezwykle cenną pozycją i dodając ogromnej wartości czyt-NIKowej biblioteczce.
Jeśli szukacie książki, która przeniesie Was w zupełnie inny wymiar czytelniczego doświadczenia, sięgnijcie po „Zapłatę dla Flecisty”. To lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego fana dobrze napisanej, mięsistej grozy, ale też dla każdego, kto ceni po prostu dobrą, wciągającą i mądrą literaturę. Romero i Kraus pokazali mistrzowską klasę, dając nam historię, do której myśli będą wracać jeszcze bardzo długo po zakończeniu czytania.
Książka pt. „Zapłata dla flecisty” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

