Kiedy biorę do ręki komiks, który ma w nazwie „Classic”, zawsze towarzyszy mi lekka dreszczyk emocji zmieszany z nutką niepewności. Czy to, co zachwycało czytelników dekady temu, obroni się dzisiaj? Czy historia, która kładła fundamenty pod współczesne uniwersum DC, dalej potrafi porwać, czy może trąci już myszką i nadaje się wyłącznie do archiwalnej gabloty? Spieszę z odpowiedzią, bo po lekturze "DC Classic: Superman. Człowiek ze stali, tom 1" nie mam najmniejszych wątpliwości: to jest kawał niesamowitej, mięsistej popkultury! Bez żargonowego wymądrzania się i dorabiania do tego zbędnej filozofii powiem wprost – ten album to absolutny sztos, który bezapelacyjnie zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, wnosząc ogromną wartość do mojej czyt-NIKowej biblioteczki.
Przenieśmy się do 1986 roku. Wydawnictwo DC Comics postanowiło zrobić coś absolutnie szalonego i odważnego. Dano zielone światło na zresetowanie i poukładanie na nowo historii Człowieka ze Stali. Zadanie to powierzono Johnowi Byrne’owi – człowiekowi, który wziął na swoje barki wielką odpowiedzialność i wywiązał się z niej po mistrzowsku. Wespół z takimi wyjadaczami jak scenarzysta Marv Wolfman czy rysownik Jerry Ordway stworzył opowieść, która nie tylko podmuchała świeżością w lekko zasiedziałe Metropolis, ale zdefiniowała postać Supermana na kolejne dziesięciolecia.
Co w tej historii gra najbardziej? Przede wszystkim sam Clark Kent. To nie jest po prostu gość w pelerynie, który jest wszechpotężny i przez to nudny. Byrne genialnie pokazał, że pod trykotem bije prawdziwe, ludzkie serce. Zaczynamy od momentu, w którym Clark dopiero odnajduje się w swojej roli, balansując między życiem zwykłego faceta i dziennikarza a byciem symbolem nadziei dla całego świata. Widzimy jego niepewność, pierwsze wyzwania i to, jak uczy się swojej odpowiedzialności. Metropolis z kolei tętni życiem, jest chaotyczne, głośne i pełne niebezpieczeństw.
Na kartach tego tomu wracają ikoniczne postacie, ale podane w niesamowicie strawnej i angażującej formie. Lois Lane to bezkompromisowa, błyskotliwa reporterka, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Lex Luthor... Panie i panowie, ten Lex Luthor to po prostu majstersztyk! To nie jest już bezmyślny mad scientist z dawnych lat, ale najpotężniejszy, bezwzględny człowiek w Metropolis, bezczelny biznesmen i cyniczny gracz, dla którego obecność Supermana jest osobistą obelgą. Ukrywanie prawdziwej tożsamości przed kimś takim jak Luthor tworzy cudowną dynamikę i napięcie, które czuć niemal na każdej stronie. Do tego dochodzi genialna plejada postaci drugoplanowych – dostajemy genialnie zarysowaną Cat Grant oraz doktora Emila Hamiltona, którzy idealnie dopełniają ten świat.
A fabuła? Tutaj nie ma miejsca na nudę! Dzieje się tyle, że aż trudno złapać oddech. Człowiek ze Stali stawia czoło całej masie zagrożeń. Mamy tu ikoniczne i szalone pojedynki z Bizarro czy Metallo, gdzie trzeszczy kość i sypie się iskry. Ale Byrne i ekipa na tym nie poprzestają. Wrzucają naszego bohatera na głęboką wodę – z wiecznie zwartego w chaosie Metropolis trafiamy prosto na Apokolips, gdzie Clark musi zmierzyć się z samym Darkseidem! To przejście od miejskiego klimatu dziennikarskiego śledztwa do kosmicznego, mrocznego starcia z wszechpotężnym władcą Apokolips pokazuje, jak wszechstronną i plastyczną postacią jest Superman, gdy trafi w ręce odpowiednich twórców.
Nie sposób przejść obojętnie obok oprawy wizualnej tego wydania. Doceniam ogromny walor graficzny tego komiksu, pozostając w pełnym zachwycie wobec kunsztu tworzenia rysunków. Kadry Johna Byrne’a i Jerry’ego Ordwaya to jest czysta poezja klasycznego komiksu amerykańskiego. Każda kreska jest przemyślana, a dynamika scen akcji po prostu powala na kolana. Rysunki doskonale oddają potęgę Supermana, ale jednocześnie potrafią uchwycić najdrobniejsze emocje na twarzach bohaterów – cwaniacki uśmiech Cat Grant, determinację Lois czy bezwzględne spojrzenie Luthora. Detailizm, zachowanie proporcji, kapitalne prowadzenie światłocienia i tradycyjne, soczyste nakładanie tuszu powodują, że każda strona to małe dzieło sztuki. Oglądanie tego w tak pięknym, dużym wydaniu to po prostu czysta przyjemność dla oczu. Kunszt rysowników po prostu zachwyca i udowadnia, że klasyczna komiksowa rzemieślnicza robota ma w sobie duszę, której często na próżno szukać we współczesnych, cyfrowo obrabianych produkcjach.
„DC Classic: Superman. Człowiek ze stali, tom 1” to podróż do czasów, gdy komiks superbohaterski potrafił być jednocześnie prosty w przekazie, niezwykle dynamiczny i niesamowicie dojrzały w prowadzeniu wątków obyczajowych. Czyta się to jednym tchem, z uśmiechem na twarzy i rosnącym zachwytem.
Ta pozycja to absolutny must-have dla każdego, kto kocha dobrą historię, świetną kreskę i chciałby zrozumieć, dlaczego świat wciąż zachwyca się gościem w czerwonej pelerynie. Dla mnie to była niesamowita frajda z lektury – zero bezsensownego gadania, sama skondensowana rozrywka na najwyższym poziomie. Z pełną odpowiedzialnością przyznaję temu tomowi tytuł NIK – Najlepszej Interesującej Książki. To komiks, do którego będę wracał z wielką ochotą i który z dumą zajmuje wyjątkowe miejsce na mojej czyt-NIKowej półce! Gorąco polecam!
Komiks pt. „DC Classic: Superman. Człowiek ze stali, tom 1” dostępny jest tutaj

