Ogromnym atutem „Wilczycy” jest również klimat lat 70. Autor nie robi z epoki muzealnej wystawy. Nie zasypuje czytelnika datami i historycznymi przypisami. Te czasy po prostu tutaj żyją. Czuć je w rozmowach, w ograniczeniach, w mentalności ludzi, w marzeniach bohaterów i w tym specyficznym poczuciu, że świat wokół jest jakiś ciasny. Że możliwości są ograniczone. Że życie zostało już trochę zaplanowane za człowieka.
Nie każda historia potrzebuje wielkich zwrotów akcji, pościgów, trupów w szafie albo bohatera, który ratuje świat. Czasami wystarczy zwykły chłopak, kilka emocji, zagubienie, pierwsza miłość i rzeczywistość, która bardziej przygniata, niż daje nadzieję. I właśnie na takim gruncie Eugeniusz Rataj buduje swoją powieść „Coś się kończy, coś się zaczyna. Wilczyca. Tom 1”. Powieść, która nie próbuje być modna. Nie próbuje też szokować na siłę. Ona po prostu opowiada życie. Takie prawdziwe, trochę brudne, trochę zagubione, momentami bolesne, a przez to zaskakująco autentyczne. I chyba właśnie ta autentyczność najbardziej mnie w tej książce kupiła.
Już od pierwszych stron czuć, że autor nie pisze pod trendy. Nie ma tutaj instagramowej miłości, papierowych bohaterów ani dialogów brzmiących jak cytaty z motywacyjnych rolek. Jest za to chłopak z prowincji, który próbuje zrozumieć siebie, świat i dziewczyny. A to – szczególnie w realiach Polski lat 70. – wcale nie jest takie proste.
Główny bohater nie jest herosem. Nie jest „wybrańcem”. Nie ma wielkich planów na życie. I właśnie dlatego działa tak dobrze. To chłopak, którego można spotkać wszędzie. Skromny, trochę wycofany, niepewny siebie, próbujący odnaleźć sens w codzienności, która momentami wydaje się szara i zamknięta jak blokowisko w listopadowe popołudnie. Szkoła, relacje, pragnienia, pierwsze fascynacje, cielesność, potrzeba bliskości – wszystko to autor pokazuje bez sztucznego pudrowania. I dobrze. Bo „Wilczyca” nie udaje literatury grzecznej.
Najbardziej interesujące w tej historii jest jednak to, jak Eugeniusz Rataj pokazuje dojrzewanie emocjonalne chłopaka. Nie poprzez wielkie przemowy czy filozoficzne wywody, ale przez codzienność. Spojrzenia. Niepewność. Dotyk. Milczenie. Próby zrozumienia kobiet i samego siebie. To jest właśnie największa siła tej książki – ona nie opowiada o idealnej miłości. Ona opowiada o potrzebie bycia ważnym dla drugiego człowieka. A to robi różnicę.
Relacja głównego bohatera z dziewczyną z miasta jest osią całej opowieści i trzeba przyznać, że autor bardzo umiejętnie buduje między nimi napięcie. Ona – pewna siebie, wychowana w zupełnie innym świecie, córka oficera milicji, świadoma swojej atrakcyjności i możliwości. On – zwyczajny chłopak ze wsi, który dopiero uczy się własnych emocji. To zderzenie dwóch światów wypada niezwykle wiarygodnie. I nie ma tutaj prostych odpowiedzi. Bo ta dziewczyna nie jest ani typową femme fatale, ani niewinną romantyczką. Potrafi być ciepła, ale też egoistyczna. Chce prowadzić bohatera, ale jednocześnie podporządkować go własnemu spojrzeniu na życie. Ich relacja momentami przypomina emocjonalną grę, w której nikt do końca nie zna zasad. I właśnie dlatego czyta się to z zainteresowaniem.
Podoba mi się też, że autor nie boi się tematów fizyczności i seksualności. Ale co ważne – nie robi z tego taniej erotyki. Tutaj cielesność jest częścią dojrzewania, odkrywania siebie, emocjonalnego chaosu. Nie ma przesadnego epatowania seksem dla samego efektu. Jest raczej próba pokazania, jak młody człowiek próbuje zrozumieć własne pragnienia i emocje w świecie, który niespecjalnie pomaga mu w takim zrozumieniu. To ważne. Bo dzięki temu książka nie wpada w banał.
Ogromnym atutem „Wilczycy” jest również klimat lat 70. Autor nie robi z epoki muzealnej wystawy. Nie zasypuje czytelnika datami i historycznymi przypisami. Te czasy po prostu tutaj żyją. Czuć je w rozmowach, w ograniczeniach, w mentalności ludzi, w marzeniach bohaterów i w tym specyficznym poczuciu, że świat wokół jest jakiś ciasny. Że możliwości są ograniczone. Że życie zostało już trochę zaplanowane za człowieka.
I właśnie w takim świecie bohater próbuje znaleźć własne „ja”. To wcale nie jest łatwa droga. Momentami miałem wręcz wrażenie, że ta książka jest bardziej opowieścią o samotności niż o miłości. O samotności młodego człowieka, który nie do końca wie, kim chce być. Który próbuje dopasować się do oczekiwań innych, jednocześnie czując, że gdzieś po drodze gubi samego siebie. I właśnie ten emocjonalny wymiar najbardziej mnie wciągnął.
Ja kupiłem tę historię za jej szczerość. Za brak udawania. Za bohaterów, którzy nie są idealni. Za emocje, które momentami uwierają bardziej niż największe dramaty. I za to, że Eugeniusz Rataj nie próbuje na siłę być „literacki”. On po prostu opowiada historię. A czasami to wystarcza bardziej niż najbardziej wymyślne konstrukcje. „Coś się kończy, coś się zaczyna. Wilczyca. Tom 1” zdobywa moje czytelnicze uznanie, bo przypomina, że literatura nie zawsze musi krzyczeć, żeby została usłyszana. Czasami wystarczy, że mówi prawdę o człowieku. I właśnie dlatego ta książka znajduje swoje należne miejsce na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Książka pt. "Coś się kończy, coś się zaczyna. Wilczyca. Tom 1" dostępna jest tutaj

