Historia zna wiele ciemnych kart. Jedną z nich są polowania na czarownice – czas, w którym wystarczyło być inną, odważniejszą albo po prostu niewygodną, by zostać skazaną na cierpienie. „Wiedźmy z Vardø” Anyi Bergman przypominają o tych wydarzeniach w sposób, który porusza od pierwszych stron. To nie jest powieść oparta na tanich sensacjach ani próba straszenia czytelnika. To przejmująca opowieść o kobietach, którym odebrano głos, godność i wolność, ale którym nie udało się odebrać siły.
Już od pierwszych rozdziałów czuć chłód północnej Norwegii. Surowe krajobrazy, bezlitosny wiatr i nieprzyjazna natura stają się niemal kolejnymi bohaterami tej historii. Autorka potrafi stworzyć atmosferę tak sugestywną, że niemal czuje się wilgoć przenikającą ubranie i lodowaty powiew znad morza. Jednak największy chłód nie płynie z natury, lecz z ludzkich serc. To właśnie ludzie okazują się tutaj najokrutniejsi.
Poznajemy Zigri – kobietę, która po śmierci męża odważyła się jeszcze raz zaufać uczuciu. W świecie, gdzie o życiu kobiety decydowali mężczyźni i religijny fanatyzm, taka decyzja mogła kosztować wszystko. Romans staje się pretekstem do oskarżenia o czary, a droga do twierdzy w Vardø okazuje się początkiem koszmaru.
Jednocześnie śledzimy losy jej córki Ingeborg, która nie zamierza pogodzić się z losem matki. Wyrusza w niebezpieczną podróż przez skute lodem pustkowia, wierząc, że jeszcze można uratować ukochaną osobę. To właśnie ta wyprawa pokazuje, że miłość potrafi być silniejsza od strachu. Towarzyszy jej Maren – dziewczyna równie odważna, co niepokorna. Ich relacja rozwija się naturalnie i z każdą stroną coraz bardziej angażuje emocjonalnie.
Na drugim planie pojawia się Anna Rhodius – postać historyczna, dawna kochanka króla Danii. Kobieta przyzwyczajona do luksusu nagle trafia do miejsca, gdzie nie liczą się dawne zaszczyty ani wpływy. Autorka znakomicie pokazuje, że wobec fanatyzmu wszyscy mogą stać się równi. Wystarczy jedno oskarżenie, by królewskie salony zamieniły się w zimną celę.
Największą siłą tej powieści są jednak bohaterki. Każda z nich jest inna. Każda nosi własne rany, własne lęki i własne marzenia. Nie są idealne i właśnie dlatego wydają się tak prawdziwe. Nie walczą mieczami ani czarami. Walczą o prawo do życia, do miłości, do decydowania o sobie. W czasach, gdy kobiece słowo często znaczyło mniej niż plotka, taka walka wymagała ogromnej odwagi.
Anya Bergman nie tworzy prostego podziału na dobrych i złych. Pokazuje, jak łatwo strach zamienia zwykłych ludzi w oprawców. Plotki rozchodzą się szybciej niż prawda, a religijny fanatyzm staje się wygodnym narzędziem do eliminowania tych, którzy nie pasują do narzuconego porządku. To sprawia, że historia sprzed setek lat zaczyna niepokojąco przypominać współczesność. Mechanizmy wykluczania, oceniania i oskarżania bez dowodów wcale nie należą wyłącznie do przeszłości.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie sposób prowadzenia narracji. Autorka pozwala spojrzeć na wydarzenia z różnych perspektyw, dzięki czemu lepiej rozumiemy motywacje bohaterów. Nie ma tutaj pośpiechu, ale nie ma też miejsca na nudę. Każdy kolejny rozdział dokłada nowy element do tej emocjonalnej układanki. Napięcie nie wynika z dynamicznych pościgów czy spektakularnych zwrotów akcji. Rodzi się z niepewności, z bezsilności i z pytania, czy sprawiedliwość ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie.
Język powieści doskonale współgra z opowiadaną historią. Jest obrazowy, ale nieprzesadzony. Pięknie opisuje przyrodę, jednocześnie nie odciągając uwagi od bohaterów. Czyta się to niezwykle płynnie, a kolejne strony znikają w zaskakującym tempie. To jedna z tych książek, które wciągają nie dlatego, że nieustannie coś wybucha, ale dlatego, że naprawdę zaczynamy przejmować się losem postaci.
Szczególnie poruszyło mnie to, że autorka oparła swoją historię na prawdziwych wydarzeniach. Procesy czarownic w Vardø nie są literackim wymysłem. To tragiczny fragment historii, o którym wielu z nas nigdy wcześniej nie słyszało. Dzięki tej powieści przeszłość odzyskuje twarze konkretnych kobiet. Kobiet, które kochały, bały się, marzyły i cierpiały. To sprawia, że książka zostaje z czytelnikiem na długo po zamknięciu ostatniej strony.
„Wiedźmy z Vardø” nie są opowieścią o magii. To historia o sile kobiet, o solidarności, o nadziei i o walce z niesprawiedliwością. To również przypomnienie, jak łatwo można odebrać człowiekowi godność, gdy społeczeństwo zaczyna kierować się strachem zamiast rozsądkiem. Autorka nie moralizuje. Pozwala wydarzeniom mówić samym za siebie, a czytelnik sam wyciąga wnioski.
Lubię książki, które poza dobrą fabułą niosą także emocje i skłaniają do refleksji. Takie, które nie kończą się wraz z ostatnim zdaniem, lecz jeszcze długo wracają w myślach. „Wiedźmy z Vardø” właśnie do nich należą. To powieść pełna bólu, ale również nadziei. Smutna, a jednocześnie piękna. Brutalna, lecz przepełniona człowieczeństwem.
Z pełnym przekonaniem przyznaję tej powieści wyróżnienie NIK – Najlepsza Interesująca Książka. To tytuł, który nie tylko dostarcza znakomitej literackiej przygody, ale także wzbogaca czyt-NIKową biblioteczkę o historię ważną, poruszającą i niezwykle potrzebną. To książka, która przypomina, że prawdziwa siła nie tkwi w magii, lecz w odwadze, lojalności i niezłomności wobec zła. I właśnie dlatego warto po nią sięgnąć.
Książka pt. „Wiedźmy z Vardø” ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis

