Do twórczości J.R.R. Tolkiena wracam z ogromną przyjemnością. To moje kolejne spotkanie z pisarzem, który już dawno zdobył me czytelnicze serce i który za każdym razem potrafi udowodnić, że wyobraźnia nie ma żadnych granic. Tolkien zaimponował mi swoją kreatywnością pisarską, a przede wszystkim kunsztem tworzenia niepowtarzalnych historii. Tym razem jednak otrzymałem coś więcej niż kolejną podróż do Śródziemia. Otrzymałem możliwość spojrzenia na dobrze znaną opowieść z zupełnie innej perspektywy.
„Hobbit albo tam i z powrotem” w formie powieści graficznej to spotkanie literatury z obrazem. Adaptacja przygotowana przez Charlesa Dixona i zilustrowana przez Davida Wenzela pozwala ponownie przeżyć przygodę Bilba Bagginsa, ale jednocześnie odkrywać ją niemal na nowo. I właśnie w tym tkwi największa siła tego wydania.
Bilbo Baggins nie wygląda na kogoś, kto mógłby zostać bohaterem wielkiej wyprawy. To hobbit przywiązany do swojego spokojnego życia, wygodnej norki, regularnych posiłków i wszystkiego, co znane oraz bezpieczne. Przygoda? Nie, dziękuję. Nie dla niego. A jednak wystarczy pojawienie się Gandalfa i trzynastu krasnoludów, by uporządkowany świat Bilba przestał być uporządkowany. Zamiast spokoju pojawia się podróż. Zamiast codzienności – niebezpieczeństwo. Zamiast bezpiecznego domu – Śródziemie pełne tajemnic, stworów, zagrożeń i miejsc, których przeciętny hobbit zdecydowanie wolałby nie odwiedzać.
I właśnie tę przemianę głównego bohatera obserwuje się z ogromną przyjemnością. Bilbo wyrusza w drogę jako ktoś, kto sam jeszcze nie wie, na co go stać. Z czasem zaczyna jednak odkrywać w sobie odwagę, spryt i determinację. Nie staje się nagle kimś zupełnie innym. Nadal pozostaje Bilbem. Tyle że doświadczenia, które spotykają go podczas wyprawy, sprawiają, że zaczyna patrzeć na siebie inaczej. To jedna z tych historii, które przypominają, że największa przygoda może rozpocząć się wtedy, gdy odważymy się zrobić pierwszy krok poza to, co dobrze znamy.
J.R.R. Tolkien miał niezwykły dar budowania światów. Potrafił stworzyć rzeczywistość, która nie była jedynie tłem dla wydarzeń. Śródziemie żyje. Ma własny klimat, historię, mieszkańców, tajemnice i miejsca, które pobudzają wyobraźnię. Czytając „Hobbita”, łatwo dać się porwać tej rzeczywistości. Powieść graficzna dodaje do tego jeszcze jeden niezwykle ważny element – pozwala ją zobaczyć
I tutaj ogromne słowa uznania należą się Davidowi Wenzelowi. Jego ilustracje nie są jedynie dodatkiem do opowieści. One współtworzą jej klimat. Pozwalają wejść jeszcze głębiej w świat Bilba, Gandalfa, krasnoludów, elfów, goblinów i smoków. Obraz potrafi uchwycić to, co podczas lektury powstaje w naszej wyobraźni, ale jednocześnie pozostawia miejsce na własne emocje i interpretacje.
To właśnie dlatego tę książkę można odbierać na dwóch poziomach. Z jednej strony jest to historia, którą wielu czytelników zna doskonale. Z drugiej – graficzna adaptacja pozwala spojrzeć na nią świeżym okiem. Znane wydarzenia otrzymują nową oprawę, a kolejne kadry prowadzą czytelnika przez przygodę niczym drogowskazy. Podoba mi się również to, że ta forma nie odbiera historii jej magii. Wręcz przeciwnie. W wielu momentach ją wzmacnia.
Wyprawa Bilba nie jest przecież wyłącznie historią o odzyskaniu skarbu. To opowieść o przyjaźni, lojalności, odwadze, odpowiedzialności i przekraczaniu własnych ograniczeń. Podróż, która rozpoczyna się jako wyprawa po złoto, z czasem staje się czymś znacznie ważniejszym – podróżą w głąb samego siebie. A przecież właśnie takie historie pamiętamy najdłużej. Nie tylko dlatego, że są pełne przygód. Pamiętamy je, ponieważ zostawiają w nas coś więcej. Jakąś myśl, emocję, obraz albo bohatera, do którego chce się wracać. „Hobbit” zdecydowanie należy do takich opowieści.
Moje kolejne spotkanie z twórczością Tolkiena ponownie pokazało mi, dlaczego jego książki od tylu lat fascynują kolejne pokolenia. Jego kreatywność pisarska naprawdę robi wrażenie. Kunszt tworzenia niepowtarzalnych historii sprawia, że nawet opowieść znana od lat potrafi ponownie zabrać czytelnika w niezwykłą podróż. Tym razem jest to podróż szczególna, bo wsparta obrazem. Charles Dixon stworzył adaptację, która pozwala zachować ducha oryginalnej opowieści, natomiast David Wenzel nadał jej wizualny charakter, dzięki któremu Śródziemie nabiera dodatkowej głębi.
Warto również zwrócić uwagę na materiały zamieszczone na końcu publikacji. Ciekawostki dotyczące powstawania komiksowej adaptacji oraz szkice i ilustracje Davida Wenzela są interesującym dodatkiem. Pozwalają zajrzeć za kulisy pracy nad dziełem i zobaczyć, jak rodziła się wizualna strona tej niezwykłej opowieści.
„Hobbit albo tam i z powrotem” to dla mnie coś więcej niż graficzne przedstawienie jednej z najbardziej znanych historii fantasy. To kolejna literacka podróż, która pokazuje, jak niezwykły potencjał może mieć dobrze opowiedziana historia. Historia, którą można przeczytać, zobaczyć, przeżyć i po latach ponownie odkryć. J.R.R. Tolkien po raz kolejny mnie zachwycił. Jego wyobraźnia, pomysłowość i sposób budowania świata pozostają dla mnie imponujące. A graficzna forma tej opowieści sprawia, że przygoda Bilba zyskuje zupełnie nowy wymiar.
Dla mnie to powieść zdecydowanie godna uwagi. Taka, przy której kolejne strony stają się zaproszeniem do niezwykłego świata, a zakończenie podróży wcale nie oznacza końca emocji. Bo najlepsze historie mają to do siebie, że zostają w czytelniczej psychice na długo po odłożeniu książki. „Hobbit albo tam i z powrotem” bez wątpienia do takich historii należy. Dlatego też mogę śmiało dodać tę publikację do mojej czytelniczej kolekcji i przyznać jej miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, która zdecydowanie wzbogaca czyt-NIKową biblioteczkę. Bo czasami wystarczy otworzyć książkę, by wyruszyć w drogę. A jeśli na jej początku czeka Gandalf, trzynastu krasnoludów i pewien niepozorny hobbit, można być pewnym jednego – będzie to podróż, której długo się nie zapomni.
Książka pt. „Hobbit albo tam i z powrotem” ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

