Są książki, które zabierają nas w podróż. Są też takie, które sprawiają, że niemal czujemy wiatr na twarzy, słyszymy szum morza, widzimy błękit greckiego nieba i… zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno chcielibyśmy znaleźć się na pokładzie razem z bohaterami. „Sześć stopni błękitu” Marcina Bartnika zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.
To moje pierwsze spotkanie z twórczością autora i muszę przyznać, że było to spotkanie wyjątkowo udane. Ba! To kolejna czytelnicza uczta, podczas której apetyt rośnie z każdą kolejną stroną. Marcin Bartnik zabiera czytelnika do Grecji, ale robi to inaczej niż foldery biur podróży. Tutaj nie ma wyłącznie pocztówkowego błękitu, słońca, drinków z parasolką i beztroskiego odpoczynku. Jest morze, jacht, przypadkowi urlopowicze, skipper i… ludzkie charaktery, które na niewielkiej przestrzeni bardzo szybko pokazują swoje prawdziwe oblicze. I właśnie to jest jednym z największych atutów tej historii.
Autor inspirację zaczerpnął z prawdziwego rejsu. Nie mamy jednak do czynienia z prostym odtworzeniem rzeczywistych wydarzeń. Prawdziwa historia stała się punktem wyjścia do stworzenia własnej, niezwykle interesującej opowieści. Co więcej, obecność polskiego podpalacza z Peloponezu nie jest wyłącznie ciekawostką. To jeden z tych elementów, które sprawiają, że fikcyjna historia nabiera dodatkowego posmaku autentyczności.
Najbardziej spodobało mi się jednak to, że „Sześć stopni błękitu” nie próbuje na siłę udowadniać, że mamy do czynienia z wielką, napompowaną literaturą. Marcin Bartnik stawia na historię, bohaterów i emocje. I bardzo dobrze! Dzięki temu czyta się ją lekko, ale jednocześnie trudno pozostać wobec niej obojętnym. Bo jacht okazuje się tutaj czymś znacznie więcej niż środkiem transportu.
To swoisty eksperyment społeczny. Wyobraźmy sobie grupę ludzi, którzy prawdopodobnie w normalnych okolicznościach mogliby minąć się na ulicy i nigdy nie zamienić ze sobą więcej niż kilku zdań. Nagle jednak trafiają na niewielki pokład, z którego nie można po prostu wyjść, zatrzasnąć drzwi i powiedzieć: „Dość, potrzebuję chwili spokoju”. Wakacyjny jacht staje się więc sceną, na której ścierają się charaktery, ambicje, oczekiwania i temperamenty. A kiedy do tego wszystkiego dodamy niedoświadczonego skippera, robi się naprawdę interesująco. I tutaj autor pokazuje swoją kreatywność
Nie potrzeba kosmicznych technologii, spektakularnych zwrotów akcji ani całej armii bohaterów, żeby stworzyć opowieść, która potrafi przyciągnąć uwagę. Czasami wystarczy kilkoro ludzi, trochę przestrzeni, morze i odpowiednio skonstruowany konflikt.
Marcin Bartnik udowadnia, że z takiego zestawu można przygotować naprawdę smakowitą literacką potrawę. A że każdy z bohaterów ma własne oczekiwania i własne wyobrażenie idealnych wakacji? Tym lepiej. Dzięki temu „Sześć stopni błękitu” jest nie tylko opowieścią o rejsie. To również historia o ludziach. O tym, jak szybko wakacyjny luz może zamienić się w napięcie. Jak różne osobowości reagują w sytuacji, której nie można po prostu opuścić. Jak łatwo nasze wyobrażenia o innych rozmijają się z rzeczywistością.
Podoba mi się również sposób, w jaki autor pokazuje Grecję. To Grecja oglądana od strony morza, a więc zdecydowanie inna od tej, którą znamy z ofert all inclusive. Zamiast wygodnego hotelu mamy jacht. Zamiast zaplanowanych atrakcji – rzeczywistość. Zamiast perfekcyjnych wakacyjnych kadrów – prawdziwe życie. I właśnie dzięki temu książka ma swój charakter.
Czytając, można niemal poczuć słony zapach morza i greckie słońce. Ale jednocześnie szybko przekonujemy się, że piękny krajobraz wcale nie gwarantuje pięknej atmosfery między ludźmi. Błękit może być zachwycający, lecz pod jego powierzchnią potrafi kryć się naprawdę wiele. Marcin Bartnik bardzo sprawnie wykorzystuje tę przestrzeń do budowania napięcia. Niewielki jacht staje się miejscem, w którym drobne różnice zdań mogą urosnąć do rozmiarów poważnego konfliktu. A czytelnik zostaje wciągnięty w sam środek tej sytuacji i zaczyna obserwować bohaterów niczym pasażer siedzący na pokładzie obok nich. I chyba właśnie to jest największą siłą tej historii – jej naturalność. Nie mam wrażenia, że autor na siłę komplikuje fabułę. Przeciwnie. Bierze pozornie prostą sytuację i pokazuje, jak wiele można z niej wycisnąć. Kreatywność Marcina Bartnika polega właśnie na tym, że potrafi dostrzec potencjał tam, gdzie ktoś inny zobaczyłby tylko wakacyjny rejs.
To książka, która rozgrzewa czytelnicze emocje do czerwoności, a jednocześnie pozwala cieszyć się podróżą. Dla mnie „Sześć stopni błękitu” okazało się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Bartnika mogę więc uznać za wyjątkowo udane. Autor pokazał, że ma pomysł, wyobraźnię i potrafi stworzyć historię, która angażuje czytelnika. A skoro w Czyt-NIK-u lubimy książki, które po przeczytaniu zostają w głowie na dłużej, to nie mogło być inaczej. To strzał w dziesiątkę! Z zachwytem, radością i niemałą dumą mogę więc dodać tę książkę do wyjątkowej kategorii NIK – Najlepsza Interesująca Książka. Tym samym „Sześć stopni błękitu” trafia do czyt-NIKowej biblioteczki, zajmując w niej miejsce, na które zdecydowanie zasługuje.
Doceniam kreatywność Marcina Bartnika, jego pomysł na historię oraz umiejętność wykorzystania zwyczajnej, życiowej sytuacji do stworzenia opowieści pełnej emocji, napięcia i charakteru. I jeśli każda kolejna książka autora będzie równie pomysłowa, z przyjemnością zamelduję się na pokładzie ponownie. Bo dobra literatura nie zawsze potrzebuje wielkich słów. Czasami wystarczy jacht, morze, kilku przypadkowych ludzi i sześć stopni błękitu. A Marcin Bartnik pokazuje, że z takiej mieszanki można stworzyć naprawdę znakomitą czytelniczą
Książka pt. „Sześć stopni błękitu” dostępna jest tutaj

