Czyt-NIK: Jakie to uczucie powołać do życia zupełnie nowe pojęcie i jak, Twoim zdaniem, słowo „Boginistka” redefiniuje to, co dotychczas wiedzieliśmy o kobiecości i niezależności?
Aleksandra Gmyrek: To niesamowite uczucie – mieszanka dumy, radości i ogromnej satysfakcji. Słowo „Boginistka” narodziło się podczas pisania mojej pierwszej książki „Sekret nieudanych związków. Pamiętnik Alex.Gi”, kiedy zaczęłam zadawać sobie fundamentalne pytanie: Kim ja właściwie jestem jako kobieta?
Przez długi czas miałam wrażenie, że współczesna kobieta jest niejako zmuszana do wyboru pomiędzy dwoma skrajnościami. Z jednej strony tradycyjna rola kobiety i matki, z drugiej – wizerunek kobiety całkowicie niezależnej, utożsamianej często z feminizmem. Problem polegał na tym, że żadne z tych pojęć nie opisywało mnie w pełni. Byłam gdzieś pomiędzy. Łączyłam w sobie cechy obu tych światów i brakowało mi słowa, które mogłoby to wyrazić.
Właśnie wtedy pojawiła się „Boginistka”.
Myślę, że nie jest to jedynie nowe słowo czy idea. W przyszłości może stać się także pewnym ruchem społecznym, ponieważ – co niezwykle mnie cieszy – wiele kobiet, które przeczytały już „Boginistkę”, mówi mi, że odnalazły w tym pojęciu samych siebie. Jakby od dawna czekały na nazwę dla tego, kim są.
Uważam, że tego słowa naprawdę brakowało w naszym słowniku. A sposób, w jaki redefiniuje ono kobiecość, jest dla mnie czymś wyjątkowym. Boginistka nie musi wybierać pomiędzy siłą a wrażliwością. Nie musi dopasowywać się do oczekiwań innych ludzi ani zamykać siebie w gotowych schematach. Może być jednocześnie ambitna i czuła, niezależna i potrzebująca bliskości, odważna i delikatna.
Dla mnie Boginizm oznacza przede wszystkim powrót na własny Tron Tożsamości. To moment, w którym kobieta zdejmuje maski narzucone przez społeczeństwo, rodzinę czy kulturę i zaczyna żyć w zgodzie ze sobą. Nie taką, jaką chcieliby widzieć ją inni, ale taką, jaka jest naprawdę.
Ten powrót wiąże się z pełną akceptacją siebie – swoich pragnień, marzeń, słabości, talentów i życiowych wyborów. Bo każda kobieta jest inna i każda ma prawo stworzyć własną definicję szczęścia. Właśnie o tej wolności, autentyczności i odwadze do bycia sobą opowiada „Boginistka”.
Czyt-NIK: W książce „Boginistka” rozkładasz na czynniki pierwsze społeczne schematy i wymagania – która z tych utartych prawd okazuje się dla nas najbardziej unoszącym ciężarem i jak zacząć się od niej uwalniać?
Aleksandra Gmyrek: Hmm… Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to ogromna presja bycia „dobrą” i „dopasowaną”. Dobrą córką, dobrą partnerką, dobrą matką, dobrą kobietą. Tylko że bardzo często to „dobrą” oznacza tak naprawdę: taką, jakiej oczekują od nas inni.
Dorastamy z przekonaniem, że musimy być „jakieś”, żeby gdzieś pasować. Dostajemy cały zestaw przykazań i nakazów, często bardzo ładnie, wręcz cukierkowo opakowanych w niewinne: „tak wypada”, „kobieta powinna”, „co ludzie powiedzą?”. I naprawdę zaczynamy wierzyć, że jeśli będziemy wystarczająco grzeczne, cierpliwe, wyrozumiałe i dopasowane, życie w końcu nas za to wynagrodzi.
A potem przychodzi taki moment, kiedy patrzymy na swoje życie i myślimy: Chwileczkę. Przecież miało być inaczej. Robiłam wszystko tak, jak mi kazano. Więc dlaczego nie jestem szczęśliwa?
I tutaj pozwolę sobie powiedzieć bardzo potocznie: gówno prawda. Nikt nie daje nam nagrody za perfekcyjne odegranie roli napisanej dla nas przez innych.
Kiedy zaczynamy odzyskiwać świadomość, poznawać siebie, stawiać granice i wchodzić na drogę własnego rozwoju, bardzo często nagle słyszymy: „Zmieniłaś się”, „Jesteś jakaś inna”, „Kiedyś taka nie byłaś”.
I wie Pani co? Jest w tym coś olśniewającego. Dzisiaj takie zdania potraktowałabym niemal jak komplement. Bo czasami „zmieniłaś się” oznacza po prostu, że przestałaś być wygodną wersją siebie dla innych. Można wtedy pomyśleć, że Wszechświat właśnie wysłał nam krótką wiadomość: Well done, Kobieto!
A jak zacząć się od tego uwalniać? Mam na to dość przewrotny, ale prosty przepis.
Po pierwsze – niestety czasami trzeba dostać od życia kilka razy po dupie. W miłości, pracy, przyjaźni czy innych sferach. To właśnie ból bardzo często zmusza nas do zadania sobie pytań, których wcześniej nie chciałyśmy zadawać.
Po drugie – trzeba ponownie pójść do szkoły. Tylko tym razem do Szkoły im. Inwestycji w Siebie. I to jest szkoła, której moim zdaniem bardzo brakuje w tradycyjnym systemie edukacji. Zaczynamy czytać książki rozwojowe i psychologiczne, słuchać wartościowych podcastów, wykładów, szukać materiałów, które pomagają nam zrozumieć własne mechanizmy, relacje i ludzi wokół nas. Zaczynamy świadomie poznawać samą siebie.
A punkt trzeci? Wrócić do punktu pierwszego, później drugiego i powtarzać do skutku. (śmiech) Życie prawdopodobnie jeszcze nieraz sprawdzi, czy naprawdę odrobiłyśmy swoją lekcję.
Czyt-NIK: Czy pisząc „Boginistkę”, miałaśw głowie konkretny obraz odbiorcy i co chciałabyś aby czytelnicy czuli w momencie odkładania tej książki na półkę?
Aleksandra Gmyrek: Pisząc „Boginistkę”, myślałam przede wszystkim o kobietach – i właściwie o kobietach w każdym wieku. Być może osiemnastoletnia dziewczyna przeczyta ją dzisiaj i jeszcze nie wszystko w pełni zrozumie. Być może sześćdziesięciolatka uzna niektóre moje poglądy za niemal szatańskie. (śmiech) Ale nawet jeśli pierwszą reakcją będzie niezrozumienie, sprzeciw czy wyparcie, to wierzę, że ta książka może pozostawić po sobie pewien ślad i otworzyć drzwi do zupełnie innego sposobu myślenia.
Już dzisiaj dostaję od czytelniczek wiadomości, że są wdzięczne za tę książkę, że pewne fragmenty „rozświetliły im umysł”, że wcześniej nigdy nie patrzyły na niektóre sprawy w taki sposób. I dla mnie to jest największa wartość. Jeśli choć jedno zdanie z „Boginistki” sprawi, że jakaś kobieta zatrzyma się i pomyśli: „Kurczę, nigdy nie spojrzałam na to w ten sposób”, to znaczy, że było warto ją napisać.
Bo niezależnie od wieku, pochodzenia, narodowości czy miejsca, w którym żyjemy, wiele problemów i oczekiwań, z którymi mierzymy się jako kobiety, jest ponad tymi podziałami. Zmieniają się okoliczności, kultura czy język, ale pytania o własną wartość, tożsamość, wolność i prawo do życia po swojemu pozostają bardzo podobne.
A co chciałabym, żeby kobieta poczuła po odłożeniu „Boginistki” na półkę? Chciałabym, żeby było trochę jak po naprawdę dobrym filmie – kiedy napisy końcowe już lecą, a człowiek jeszcze przez chwilę siedzi w ciszy i zostaje sam ze swoimi myślami.
Chciałabym, żeby kobieta po ostatniej stronie została na moment sama ze sobą i poczuła moc, którą już w sobie ma. Ale również zrozumiała, że nie musi budować tej mocy w pojedynkę. Że obok niej są inne kobiety, które zadają sobie podobne pytania, przechodzą podobne przemiany i również próbują odnaleźć własną drogę.
I chyba najbardziej chciałabym, żeby wraz z ostatnią stroną poczuła ten symboliczny wiatr, który niesie zmiany. Żeby zamknęła książkę z poczuciem: „Dobra. Teraz moja kolej. Chcę sprawdzić, kim jestem, kiedy przestanę być tym, kim kazano mi być”.

