Ann Patchett po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać o sprawach trudnych z niezwykłą lekkością i wrażliwością. „Święta patronka kłamców” nie krzyczy. Ona szepcze. Ale robi to tak przejmująco, że ten szept słychać jeszcze długo po zakończeniu lektury. To książka, którą się nie tylko czyta. To książka, którą się czuje.
Niektóre książki czyta się dla historii. Inne dla emocji. Są też takie, które otwierasz z ciekawości, a zamykasz z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego. „Święta patronka kłamców” Ann Patchett należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To powieść, która nie potrzebuje krzyku, sensacyjnych zwrotów akcji ani literackich fajerwerków, by trafić prosto w czytelnicze serce. Wystarczy jej cisza, kilka sekretów i bohaterki, których losów nie sposób zlekceważyć.
To moje kolejne spotkanie z twórczością Ann Patchett i dziś wiem jedno – ta pisarka ma niezwykły dar tworzenia historii, które zostają z człowiekiem na długo. A czasem nawet na zawsze. „Święta patronka kłamców” to książka, która z pewnością pozostanie w mojej czytelniczej pamięci już na zawsze.
Punkt wyjścia tej historii jest znakomity. Oto miejsce niezwykłe – dom prowadzony przez zakonnice, schronienie dla niezamężnych kobiet w ciąży. Kobiet, które przyjeżdżają tu z bagażem lęku, wstydu, społecznego potępienia i osobistych dramatów. Kobiet, które mają urodzić dzieci, a potem oddać je komuś innemu. Już sam ten pomysł niesie w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Ann Patchett bierze go jednak w swoje ręce i zamienia w opowieść pełną napięcia, czułości i pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi.
W centrum tej historii znajduje się Rose – bohaterka inna niż wszystkie. Nie jest samotna. Nie została porzucona. Ma męża, ma dom, ma życie, które z zewnątrz wygląda na uporządkowane. A jednak decyduje się uciec. Chce oddać dziecko i zniknąć. To postać fascynująca właśnie dlatego, że nie daje się zamknąć w prostych schematach. Nie da się jej łatwo ocenić. Nie da się powiedzieć: dobra albo zła. Patchett buduje ją z emocjonalnych pęknięć, pragnień, lęków i milczenia. Dzięki temu Rose jest prawdziwa – boleśnie, pięknie i przejmująco prawdziwa. Największą siłą tej powieści jest jednak kreatywność autorki w konstruowaniu historii, która rozgrzewa najczulsze struny naszych czytelniczych emocji.
Ann Patchett nie opowiada w sposób oczywisty. Ona prowadzi czytelnika przez labirynt relacji, niedopowiedzeń i ludzkich decyzji. Pokazuje, że za każdym wyborem kryje się czyjś ból, za każdym kłamstwem czyjaś rozpacz, a za każdym milczeniem – historia, której nikt nie chce wypowiedzieć na głos. To właśnie tutaj objawia się wielkość tej książki. Autorka nie moralizuje. Nie stawia się ponad bohaterami. Nie rozdziela win i niewinności. Zamiast tego daje nam ludzi z krwi i kości, którzy próbują przetrwać najlepiej, jak potrafią. Jedni uciekają. Inni czekają. Jeszcze inni kłamią, bo prawda byłaby zbyt bolesna. I choć tytuł mówi o kłamcach, to w gruncie rzeczy jest to opowieść o desperackim poszukiwaniu miłości, bezpieczeństwa i prawa do decydowania o sobie.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie styl Ann Patchett. To pisarstwo eleganckie, ale nie chłodne. Piękne, ale nie przesadzone. Subtelne, lecz pełne siły. Autorka potrafi jednym zdaniem powiedzieć więcej niż inni całym rozdziałem. Jej narracja płynie spokojnie, ale pod powierzchnią aż buzują emocje. Czytelnik czuje napięcie nawet wtedy, gdy bohaterowie tylko siedzą przy stole albo patrzą przez okno. To rzadka umiejętność – budować dramat bez hałasu.
Na uznanie zasługuje również sposób budowania relacji między postaciami. Patchett świetnie rozumie, że człowiek najczęściej nie rani obcych, lecz tych, których kocha najbardziej. W tej książce spojrzenia ważą więcej niż słowa, a niewypowiedziane zdania potrafią ciążyć bardziej niż największe wyznania. Dzięki temu czyta się tę powieść z rosnącym napięciem, choć nie mamy tu klasycznej sensacji. Sensacją są emocje. Sensacją jest prawda ukryta w sercu bohaterów. Bardzo doceniam też to, że autorka nie idzie na łatwiznę. Temat macierzyństwa, kobiecej wolności, społecznej presji czy rodzinnych oczekiwań można było przedstawić banalnie albo przewidywalnie. Tymczasem Patchett wybiera drogę trudniejszą – pokazuje złożoność. U niej nic nie jest czarno-białe. Nawet decyzje, które z zewnątrz wydają się niezrozumiałe, po chwili zaczynają boleśnie wybrzmiewać. Czytelnik nie tyle obserwuje bohaterów, ile zaczyna ich rozumieć.
„Święta patronka kłamców” to także książka o kobietach. O ich samotności, sile, kruchości, pragnieniach i cenie, jaką często muszą płacić za własne wybory. Każda z bohaterek niesie swój ciężar. Każda walczy z czymś innym. I każda zasługuje na uwagę. Patchett daje im głos z ogromnym wyczuciem i szacunkiem.
Nie sposób nie wspomnieć o atmosferze tej powieści. Jest w niej coś dusznego, cichego, pełnego napięcia. Miejsce prowadzone przez zakonnice staje się niemal osobnym bohaterem tej historii – przestrzenią schronienia, ale i ukrywania prawdy. To miejsce, w którym można się schować przed światem, ale nie przed sobą. I właśnie ten klimat sprawia, że książka tak mocno działa na wyobraźnię.
Po lekturze zostałem z wieloma emocjami i jeszcze większą liczbą przemyśleń. To dla mnie znak najlepszej literatury. Takiej, która nie kończy się na ostatniej stronie, lecz trwa w człowieku jeszcze długo po zamknięciu okładki. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Za kreatywność autorki. Za odwagę emocjonalną. Za styl, narrację oraz sposób budowania historii, które zasługują na najwyższe uznanie.
Ann Patchett po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać o sprawach trudnych z niezwykłą lekkością i wrażliwością. „Święta patronka kłamców” nie krzyczy. Ona szepcze. Ale robi to tak przejmująco, że ten szept słychać jeszcze długo po zakończeniu lektury. To książka, którą się nie tylko czyta. To książka, którą się czuje.
Książka pt. "Święta patronka kłamców” ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova

