Co tu dużo mówić – są tacy autorzy, do których wraca się nie z obowiązku, ale z czystej, nieprzymuszonej frajdy. Kiedy w moje ręce wpadł najnowszy zbiór opowiadań Briana Aldissa „Halo, Ziemia! Jesteście tam?”, wydany z okazji przypadającego stulecia urodzin tego pisarza, wiedziałem, że czeka mnie kawał solidnej, kosmicznej przygody. Jeśli kojarzycie twórczość tego brytyjskiego mistrza science fiction, to doskonale wiecie, czego się spodziewać. A jeśli nie – to uwierzcie mi na słowo, że lepszego momentu na start po prostu nie znajdziecie.
Zamiast jednak bawić się w zbędne akademickie dysputy, rozkładanie zdań na czynniki pierwsze czy męczenie Was trudną teorią literacką, wole opowiedzieć o tej książce prosto z mostu, po kumpelsku. Dokładnie tak, jak lubimy rozmawiać o dobrych lekturach.
Co my tu właściwie mamy? Tomiszcze jest konkretne, bo mieści w sobie aż 27 tekstów wybranych z bogatego dorobku autora. Co najciekawsze dla polskiego czytelnika – aż 19 z nich pojawia się u nas po raz pierwszy! To naprawdę gratka, bo często przy takich jubileuszowych wydaniach serwuje się po raz setny te same, zgrane kawałki. Tutaj dostajemy powiew świeżości, chociaż mowa o tekstach pisanych na przestrzeni wielu dziesięcioleci.
Brian Aldiss to pisarz, który nie daje się łatwo zaszufladkować. Z jednej strony potrafi napisać absolutny klasyk, z drugiej – bezkompromisowo eksperymentuje z formą i klimatem. W „Halo, Ziemia! Jesteście tam?” przeskakujemy z tematu na temat jak szaleni, ale w tym szaleństwie jest metoda.
Znajdziecie tu między innymi słynne opowiadanie, które po latach zainspirowało Stevena Spielberga do stworzenia kultowego filmu A.I. Sztuczna inteligencja. Czytając ten tekst w oryginale, od razu czuć tę niezwykłą melankolię, zadumę nad losem sztucznego stworzenia i pytania o to, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo. Pisarz nie serwuje nam taniego sentymentalizmu – woli raczej zasiać w głowie czytelnika ziarenko niepokoju, które kiełkuje długo po odłożeniu książki.
Ale to dopiero początek atrakcji. Co powiecie na wizję XLIV wieku, w którym to roboty przejęły całkowitą władzę nad naszą planetą? Aldiss maluje ten świat bez zbędnych ozdobników, z lekką nutą ironii i specyficznego, brytyjskiego humoru. A kiedy znudzi Wam się obserwowanie mechanicznych władców Ziemi, autor zabiera nas w podróż wehikułem czasu... na polowanie na brontozaura! Taki rozstrzał tematyczny sprawia, że przy czytaniu nie sposób się nudzić. Każde opowiadanie to nowa przygoda, nowy pomysł i zupełnie inny odcień fantastyki naukowej.
To, co najbardziej cenię u Aldissa, to fakt, że potrafi pisać o sprawach niezwykłych w sposób piekielnie wciągający. W jego historiach nie chodzi tylko o błyskotliwe gadżety, laserowe pistolety czy kosmiczne strzelaniny. Owszem, tło bywa niezwykle widowiskowe – od niebezpieczeństw związanych z pierwszymi kontaktami z obcymi cywilizacjami po skomplikowane paradoksy czasowe – ale w centrum zawsze pozostaje obserwacja natury ludzkiej.
Pisarz pyta: jak zachowa się człowiek postawiony w sytuacji absolutnie przekraczającej jego pojęcie? Co się stanie, gdy nasze ego zderzy się z zimną, obojętną pustką kosmosu? Aldiss bywa gorzki, bywa złośliwy, ale przede wszystkim jest genialnym obserwatorem. Nie potrzebuje trudnych słów ani nadętych wywodów, by przekazać rzeczy ważne. Styl jest lekki, dynamiczny, a jednocześnie bardzo plastyczny. Przez te strony po prostu się płynie.
Oczywiście, jak to bywa w przypadku zbiorów liczących prawie trzydzieści opowiadań, nie każdy tekst zachwyci każdego w jednakowym stopniu. Niektóre miniaturek traktować można jako ciekawe wprawki stylistyczne, inne to pełnokrwiste, gęste od klimatu perełki, do których chce się wracać. Jednak jako całość – zbiór broni się znakomicie i pokazuje pełną paletę możliwości brytyjskiego pisarza. Nie bez powodu „The Sunday Times” nazwał go kiedyś ojcem chrzestnym brytyjskiej literatury science fiction. To miano nie zostało przyznane na wyrost.
Przede wszystkim dla czystej przyjemności z czytania. Dzisiejsza fantastyka często bywa mocno powtarzalna, oparta na tych samych utartych schematach. Powrót do prac Aldissa to jak ożywczy prysznic. Przypomina, jak nieograniczona potrafi być ludzka wyobraźnia i jak ekscytujące może być zadawanie pytań z serii „co by było, gdyby...”.
Dla stałych fanów SF to pozycja absolutnie obowiązkowa – głównie ze względu na ogromną liczbę niepublikowanych dotąd w Polsce tekstów. Z kolei dla osób, które dopiero chcą zacząć swoją przygodę z klasyką gatunku, ten zbiór będzie idealnym punktem startowym. Dostajecie tu przekrój przez całą twórczość autora, dzięki czemu łatwo wyłowić te motywy, które najbardziej trafiają w Wasz gust.
Książka wydana jest starannie, z szacunkiem do dorobku pisarza, stanowiąc godne uczczenie stulecia jego urodzin. To idealna lektura na długie wieczory, do poduszki, do pociągu, czy po prostu do popołudniowej kawy. Teksty dawkowane po 2-3 dziennie smakują wyśmienicie, choć ostrzegam – ciężko się oderwać i często łapałem się na tym, że zamiast planowanych dwóch opowiadań, pochłaniałem od razu pięć.
„Halo, Ziemia! Jesteście tam?” to fantastyczny powrót do czasów, gdy science fiction pisało się z prawdziwym rozmachem i wizją, ale bez rezygnacji z literackiej jakości. Brian Aldiss po raz kolejny udowadnia, że klasyka się nie starzeje – ona po prostu nabiera szlachetności.
Z pełnym przekonaniem doceniam tę publikację i z wielką radością umieszczam ją na mojej prywatnej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To miejsce zarezerwowane wyłącznie dla pozycji wyjątkowych, które zostają w pamięci na dłużej i do których wraca się z prawdziwym uśmiechem na twarzy. Aldiss zasłużył na ten wpis bez dwóch zdań!
Jeśli szukacie lektury, która rozbudzi Waszą wyobraźnię, dostarczy masy dobrej rozrywki i pozwoli skosztować fantastyki na najwyższym poziomie – nie zastanawiajcie się ani chwili. Bierzcie i czytajcie!
Książka pt. „Halo, Ziemia! Jesteście tam?” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

