Są takie komiksy, po które sięga się bez jakiegokolwiek wahania. Biorąc do ręki tom poświęcony jednemu z najbardziej nietuzinkowych przeciwników Mrocznego Rycerza, od pierwszej chwili wiedziałem, że czeka mnie absolutna uczta literacko-wizualna. Seria „DC Classic: Batman Arkham” przyzwyczaiła nas do wyciągania na światło dzienne absolutnych perełek amerykańskiego komiksu, ale zestawienie poświęcone Clayface’owi przebija dotychczasowe oczekiwania. Drodzy Czytelnicy, nie mam wątpliwości – ten album bezsprzecznie zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, wnosząc ogromną wartość do czyt-NIKowej biblioteczki!
Zapomnijcie o nudnych analiach akademickich, sztywnych teoriach czy analizowaniu struktur fabularnych przez szkiełko badacza. Tutaj liczy się żywa opowieść, emocje oraz czysta frajda z lektury. A tej w omawianym tomie jest pod dostatkiem. Clayface to przecież potwór niezwykły. To nie po prostu kolejny gość w zamaskowanym stroju z pistoletem w ręku czy szalony geniusz z wyszukanym planem przejęcia miasta. To absolutny kameleon, łotr o tysiącu twarzy, którego historia jest tak wielowarstwowa, jak warstwy błota, z których potrafi wymodelować swoją postać.
Album zabiera nas w absolutnie niesamowitą podróż przechodzącą przez różne dekady historii amerykańskiego komiksu. Zaczynamy od samych korzeni, śledząc pierwsze kroki Basila Karlo – zapomnianego aktora, który nie potrafił pogodzić się z tym, że jego gwiazda gaśnie, a hollywoodzki świat idzie naprzód bez niego. W tych klasycznych kadrach czuć ducha dawnego kina grozy, gdzie motyw desperacji, ukrywania się za maską i żądzy zemsty tworzy fundament pod cały przyszły mit. Ale twórcy komiksu nie zatrzymują się w jednym miejscu. Chwilę później poznajemy Matta Hagena, zwykłego opryszka, który za sprawą niezwykłego zrządzenia losu staje się zmiennokształtną masą. A co powiecie na tragiczną historię Prestona Payne’a? To postać, która wręcz porusza najczulsze struny w sercu czytelnika – nieszczęśliwy naukowiec, którego przerażający dotyk zamienia ludzi w kałużę protoplazmy, samemu przynosząc mu niemniejszy bólu i nieszczęście.
To właśnie ta różnorodność stanowi o potędze zebranych tutaj historii. Każdy z tych złoczyńców wnosi do uniwersum Gotham coś zupełnie innego. Jedni przerażają bezpośrednią siłą, inni budzą głębokie współczucie, pokazując, jak cienka granica dzieli ludzką tragedię od całkowitego potwora. Czytając te opowieści ciągiem, czujemy niezwykłe tempo i rytm – od retro detektywistycznych spraw, przez superbohaterskie potyczki pełne akcji, aż po głębokie, psychologiczne dramaty. Wszystkie historie spaja jednak jeden wspólny mianownik: bezwzględne dręczenie mieszkańców Gotham oraz nieuchronne starcie z Batmanem i jego sojusznikami. Mroczny Rycerz musi tutaj wspiąć się na wyżyny swoich możliwości, bo jak walczyć z kimś, kto w każdej chwili może stać się kimkolwiek – a nawet samym tobą?
W tym miejscu po prostu muszę to zaznaczyć z całą mocą: w pełni doceniam również walor graficzny tej pozycji, pozostając w pełnym zachwycie wobec kunsztu tworzenia rysunków! Wizualnie ten album to godny podziwu popis najwyższych umiejętności artystycznych. Oglądanie, jak na przestrzeni dekad zmieniała się kreska, sposób kadrowania i nakładania tuszu, dostarcza czystej ekscytacji. Mamy tu przecież do czynienia z absolutną czołówką mistrzów ołówka i pędzla!
Sama obecność takich nazwisk jak Bob Kane i Bill Finger przypomina o magii początków uniwersum. Jednak to, co wyprawiają na kolejnych stronach tacy giganci jak Jim Aparo, Marshall Rogers, Jerry Robinson czy Mike Mignola, przechodzi ludzkie pojęcie. Kreska Mignoli niesie ze sobą niesamowity, gęsty od cieni klimat, który idealnie pasuje do mrocznych zakamarków Gotham. Z kolei estetyka Darwyna Cooke’a to absolutne mistrzostwo operowania stylistyką retro – każdy promień światła, każdy gest postaci czy dynamiczny ruch wyglądają niczym wyjęte z porywającego snu o złotych latach komiksu. Nie można też pominąć obłędnych prac J.H. Williamsa III czy Kevina Nowlana, których kadry hipnotyzują precyzją, dbaniem o detal i niesamowitym wyczuciem kompozycji. Dynamika starć, płynność przeobrażeń ciała Clayface'a, mrok panujący w uliczkach Gotham – rysunki po prostu żyją i oddychają własnym życiem, sprawiając, że od niektórych stron trudno oderwać wzrok.
Warto przy tym podkreślić, jak genialnie dobrano warstwę scenariuszową. Ed Brubaker, Len Wein czy Mike W. Barr udowadniają, że doskonale rozumieją serce i duszę uniwersum Batmana. Nie tworzą oni czarno-białych schematów. Ich opowieści budują napięcie, dawkują emocje i zmuszają do refleksji nad losem ludzi, którzy staczają się na samo dno otchłani. Zamiast prostych, bezmyślnych walk dostajemy bogate tło obyczajowe, dramatyczne wybory i dialogi, które czyta się z ogromną przyjemnością.
Dla kogo jest ten komiks? Odpowiedź jest prosta – dla każdego, kto kocha dobrą opowieść. Nie musisz być wytrawnym znawcą historii DC, by czerpać z tego tomu pełnymi garściami. To idealny punkt wyjścia do poznania jednego z najbardziej fascynujących przeciwników Batmana, ale i wspaniała gratka dla wieloletnich fanów, którzy chcą mieć najważniejsze i najpiękniejsze opowieści o Clayface’ach zgromadzone w jednym, pięknie wydanym albumie.
Ten tom to gwarancja rewelacyjnie spędzonego czasu, do którego wraca się wielokrotnie, za każdym razem odkrywając w grafice lub fabule nowe, niewyłapane wcześniej smaczki. „DC Classic: Batman Arkham. Clayface” bezapelacyjnie trafia na moją półkę z najważniejszymi tytułami. To autentyczna perła, która dumnie zdobi czyt-NIKową biblioteczkę i dostarcza emocji od pierwszej do ostatniej strony. Gorąco polecam każdemu miłośnikowi obrazkowych opowieści – ta pozycja po prostu musi znaleźć się w Waszych zbiorach!
Komiks pt. „DC Classic: Batman Arkham. Clayface” dostępny jest tutaj

