Są w życiu takie momenty, kiedy kręcona przez lata korba nagle przeskakuje. Sypie się wszystko. Plan, który wydawał się genialny, okazuje się zwykłym domkiem z kart, ciało odmawia posłuszeństwa, a status, na który pracowałeś od świtu do nocy, znika szybciej niż dym z zgaszonej świecy. Zostajesz Ty, cztery ściany i cichy, dokuczliwy szum w głowie. Znasz to uczucie? Jeśli tak, to wiesz doskonale, że w takich chwilach ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz, są tanie motywacyjne komedie, klepanie po plecach i jaskrawe poradniki krzyczące z okładek: „Jesteś zwycięzcą!”.
Właśnie w taki klimat uderza JP Kalsky ze swoją książką „Feniks bez popiołów”. I powiem Wam krótko na wstępie: to nie jest wygładzona bajeczka o tym, jak po upadku wstajesz, otrzepujesz kolana i biegowo zdobywasz świat. O nie. Kalsky serwuje nam literaturę do bólu szczera, mięsistą i pozbawioną jakiegokolwiek lukru.
Znamy mnóstwo historii o podnoszeniu się z dna. Większość z nich działa według utartego schematu: bohater trafia w fatalne miejsce, ma moment olśnienia, wciąga brzuch, bierze się w garść i po 300 stronach stoi na podium przy dźwiękach fanfar. Kalsky ten schemat po prostu wyrzuca do kosza. Pokazuje, że życie tak nie działa.
W „Feniksie bez popiołów” czytamy o momencie, kiedy kończy się słynna iluzja kontroli. Wszyscy lubimy myśleć, że trzymamy kierownicę własnego losu. Planujemy, inwestujemy, budujemy marki osobiste, układamy grafiki w kalendarzach. A potem przychodzi jedno wydarzenie – choroba, wypadek, bankructwo, nagły rozpad relacji – i zostajemy z ręką w nocniku. Autor skupia się właśnie na tym przełomie. Co dzieje się z człowiekiem, gdy cała jego dotychczasowa tożsamość przestaje istnieć? Kim jesteś, kiedy zabiorą Ci etykietkę, stanowisko i zdrowie?
JP Kalsky pisze wyjątkowo czystym językiem. Nie znajdziecie tu akademickiego nadęcia, filozoficznych wywodów wyssanych z palca ani sztucznie napompowanego dramatyzmu. Słowa są proste, ale ważą swoje. Każde zdanie uderza precyzyjnie w punkt. Czuć, że autor doskonale wie, o czym pisze, a emocje opisane na stronach tej książki nie zostały wymyślone przy biurku z zieloną lampką, tylko wyciągnięte prosto z prozy życia.
To, co w tej powieści ujęło mnie najbardziej, to bezkompromisowy obraz codzienności po katastrofie. Prawdziwa walka nie toczy się w błysku reflektorów. Nie ma przy niej widowni, nikt nie bije braw. Najtrudniejsze pojedynki toczymy ze sobą w niedzielny poranek, kiedy nie ma siły wstać z łóżka, albo w środku nocy, gdy w głowie pojawia się pytanie: „I co teraz?”.
Główny bohater musi konfrontować się ze swoją słabością. Nie ma tu miejsca na fałszywy heroizm. Jest za to samotność, jest potężny, często paraliżujący gniew i poczucie niesprawiedliwości. Ale co najważniejsze – jest też cicha, mozolna praca. Odbudowywanie siebie krok po kroku, cegła po cegle, bez gwarancji powodzenia. Kalsky pokazuje, że siła, którą budujemy w takich momentach, nie ma nic wspólnego z widowiskowością. To siła niewidoczna dla świata zewnętrznego, ale jedyna, która potrafi utrzymać nas na nogach, kiedy znowu zaczyna wiać prosty w oczy wiatr.
Tytułowy Feniks w ujęciu Kalskiego nie odradza się w spektakularnym wybuchu płomieni. Nie ma tu magicznych popiołów, z których wyłania się piękny, lśniący ptak gotowy do lotu. Odrodzenie w tej książce przypomina raczej mozolne wychodzenie z gęstego błota. Jest brudne, męczące, wymaga pokory i czasu. I właśnie za tę autentyczność należą się autorowi ogromne brawa.
„Feniks bez popiołów” to propozycja dla czytelników dojrzałych. Nie chodzi tu jednak o wiek wpisany w dowodzie osobistym, ale o dojrzałość emocjonalną i doświadczenie życiowe. Jeśli szukasz lekkiej lektury do poduszki, przy której odetchniesz po ciężkim dniu, to radzę poszukać czegoś innego. Powieść Kalskiego wymaga uwagi, zatrzymania się i wglądu w samego siebie.
To książka dla tych, którzy sami przeżyli swój mały lub duży koniec świata. Dla ludzi, którzy wiedzą, jak smakuje porażka i jak trudny bywa powrót do względnej równowagi. Ale przede wszystkim to lektura dla każdego, kto docenia w literaturze prawdę – bez zbędnego upiększania i narzucania gotowych, banalnych rozwiązań.
Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. „Feniks bez popiołów” trafia prosto na moją półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To proza, która nie tylko wciąga od pierwszej strony, ale zostaje w człowieku na bardzo długo po zamknięciu okładki. Zmusza do zastanowienia się nad własnymi fundamentami i nad tym, co tak naprawdę stanowi o naszej sile, gdy odrzucimy wszystkie zewnętrzne atrybuty sukcesu. JP Kalsky stworzył dzieło niezwykle potrzebne w dzisiejszym, mocno nastawionym na natychmiastowy sukces i powierzchowność świecie.
Jeśli cenicie swój czas i szukacie literatury, która niesie ze sobą realny ciężar gatunkowy, a jednocześnie czyta się ją jednym tchem – sięgajcie po „Feniksa bez popiołów” w ciemno. Kawał świetnego, męskiego i bezkompromisowego pisania!
Książka pt. „Feniks bez popiołów” dostępna jest tutaj

