Niektóre historie kończą się dopiero wtedy, gdy na dobre opuszczą nasze myśli. Ostatnia strona wcale nie musi oznaczać końca spotkania z opowieścią. Czasem przeczytana historia zostaje z nami na dłużej, wraca niespodziewanie, przywołuje wspomnienia i skłania do refleksji nad ludźmi, miejscami oraz czasami, których sami być może nie pamiętamy albo pamiętać nie możemy. „Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” Roberta Ackermanna zdecydowanie należy właśnie do takich historii.
To książka, którą nie tylko się czyta. To książka, przez którą się przechodzi. Krok po kroku, ulicą po ulicy, podwórkiem po podwórku, wspomnieniem po wspomnieniu. I choć autor zabiera nas do świata powojennego Górnego Śląska, do czasów PRL-u i własnego dzieciństwa, bardzo szybko okazuje się, że nie jest to wyłącznie opowieść o konkretnym miejscu i konkretnym czasie. To historia dorastania. Poszukiwania siebie. Próby zrozumienia świata, który dla dziecka bywa jednocześnie fascynujący, brutalny, piękny i kompletnie niezrozumiały.
Robert Ackermann urodził się tuż po II wojnie światowej jako żydowski chłopiec na Górnym Śląsku. Już sam ten fakt sprawia, że jego dzieciństwo zostało naznaczone doświadczeniem życia pomiędzy różnymi światami. Z jednej strony Polska, z drugiej żydowskie korzenie. Z jednej strony kultura, inteligencja, dom i wychowanie, z drugiej ulica, podwórko, bójki, twarde zasady i konieczność nauczenia się, jak sobie radzić. I właśnie owo „pomiędzy” jest jednym z najważniejszych elementów tej książki.
Autor pokazuje świat, w którym człowiek może być jednocześnie „tu i tam”. Może być Polakiem i Żydem. Dzieckiem kultury i dzieckiem ulicy. Kimś wychowanym w określonych wartościach, a jednocześnie kimś, kto musi nauczyć się reguł obowiązujących na podwórku. I nie jest to opowieść podana czytelnikowi w formie wykładu. Ackermann nie próbuje niczego udowadniać. Nie moralizuje. Nie stawia się ponad bohaterami własnych wspomnień. On po prostu opowiada. A kiedy człowiek zaczyna opowiadać prawdziwie, literatura potrafi zrobić coś niezwykłego. Nagle przestaje być ważne, czy znamy opisane miejsce. Czy dorastaliśmy w podobnych czasach. Czy pamiętamy PRL. Czy znamy ludzi, którzy handlowali walutą, żyli na granicy prawa, wdawali się w bójki albo próbowali znaleźć dla siebie kawałek przestrzeni w świecie, który nie rozpieszczał. Zaczynamy po prostu być obok nich. I to właśnie jest ogromna siła tej książki.
„Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” jest pełne scen, które można sobie niemal zobaczyć. Podwórka, ulice, ludzie, rozmowy, codzienność. Nie ma tutaj pocztówkowego obrazu przeszłości. Nie ma lukrowania dzieciństwa. Jest za to świat z krwi i kości. Świat, w którym dzieci potrafią być bezwzględne, dorośli nie zawsze są lepsi, a życie bardzo szybko uczy, że dobre intencje nie zawsze wystarczają. Świat, w którym trzeba umieć się odnaleźć, czasami postawić, czasami wycofać, a czasami po prostu przetrwać.
Autor bardzo dobrze pokazuje, jak dziecko poznaje rzeczywistość. Nie poprzez wielkie definicje, lecz poprzez doświadczenia. Poprzez ludzi, których spotyka. Poprzez sytuacje, które zostają w pamięci. Poprzez pierwsze zachwyty, pierwsze rozczarowania, pierwsze konflikty i pierwsze lekcje dorosłości. Dlatego ta książka jest czymś więcej niż wspomnieniem dzieciństwa. Jest opowieścią o dorastaniu w świecie, który miał swoje zasady, swoje absurdy i swoje mroczne strony.
PRL w wykonaniu Ackermanna nie jest dekoracją. Jest częścią życia bohaterów. Jest obecny w ich codzienności, relacjach, możliwościach i ograniczeniach. Jest także w tym, co dzieje się na granicy prawa. Handel walutą, kombinowanie, szukanie sposobu na życie — wszystko to pokazuje rzeczywistość, w której ludzie często musieli być sprytniejsi od systemu. I tutaj również autor nie potrzebuje wielkich słów. Wystarczy scena. Człowiek. Konkretna sytuacja. Resztę dopowiada czytelnik.
Bardzo mocno wybrzmiewa również temat tożsamości i pamięci. Bycie Żydem w powojennej Polsce nie jest tutaj abstrakcyjnym problemem opisanym z perspektywy podręcznika. To doświadczenie konkretnego człowieka. Człowieka, który dorasta, obserwuje, słucha, próbuje zrozumieć siebie i swoje miejsce w świecie. I chyba właśnie dlatego ta część książki tak mocno zostaje w głowie. Bo każdy z nas ma przecież jakieś swoje „pomiędzy”. Swoje miejsca, do których należy, i takie, w których nigdy do końca nie czuje się u siebie. Swoje rodzinne historie, przemilczenia, wspomnienia i pytania, na które czasami przez całe życie nie znajduje odpowiedzi.
Robert Ackermann pokazuje, że pamięć potrafi być niezwykłym archiwum. Przechowuje ludzi, których już nie ma. Miejsca, które się zmieniły. Rozmowy, których nie da się już powtórzyć. Zapachy, obrazy i emocje, które potrafią powrócić po wielu latach. I może właśnie dlatego tytułowa „słoneczna strona ulicy” ma w sobie coś przewrotnego. Bo życie nie zawsze było słoneczne. Czasami było brutalne. Czasami skomplikowane. Czasami pełne strachu, niepewności czy konieczności podejmowania decyzji, których dziecko wcale nie powinno musieć podejmować. A jednak człowiek szedł dalej. Po tej swojej stronie ulicy.
Robert Ackermann stworzył książkę bardzo osobistą, ale jednocześnie zaskakująco uniwersalną. To opowieść o konkretnym chłopcu, konkretnym Śląsku i konkretnych czasach, a mimo to można odnaleźć w niej emocje, które nie mają daty ważności. Jest tu dziecięca ciekawość. Jest potrzeba akceptacji. Jest chęć bycia kimś. Jest bunt. Jest strach. Jest przyjaźń. Jest rodzina. Jest poszukiwanie własnej tożsamości. Jest również świadomość, że dorastanie oznacza utratę pewnej niewinności. To wszystko sprawia, że „Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” czytałem nie tylko jako historię człowieka, który wspomina swoje dzieciństwo. Czytałem ją jako zapis świata, którego już właściwie nie ma. I właśnie za tę autentyczność tę książkę szczególnie cenię. Nie za wielkie słowa. Nie za literackie popisy. Nie za próbę zrobienia z własnej historii czegoś, czym nie jest. Tylko za prawdę. Za ludzi, którzy mają swoje zalety i wady. Za sceny, które nie zawsze są wygodne. Za wspomnienia, które nie zostały wygładzone. Za pokazanie dzieciństwa nie jako sielanki, ale jako czasu, w którym człowiek dopiero uczy się, czym właściwie jest życie.
„Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” to książka, która ma w sobie coś z rodzinnego albumu, ulicznej opowieści, kroniki pewnego pokolenia i bardzo osobistego pamiętnika. Ale przede wszystkim ma człowieka. I chyba właśnie dlatego działa. Bo kiedy kończę lekturę, nie mam poczucia, że poznałem jedynie historię Roberta Ackermanna. Mam poczucie, że przez chwilę chodziłem razem z nim po tych ulicach. Patrzyłem na tych ludzi. Zaglądałem do świata, który dla mnie jest jednocześnie odległy i dziwnie znajomy. A takie książki lubię najbardziej. Książki, które nie kończą się wraz z ostatnim zdaniem.
„Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” Roberta Ackermanna trafia więc na moją szczególną półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To moje czytelnicze wyróżnienie dla książki, która potrafiła mnie zatrzymać, zainteresować i przede wszystkim zostawić po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie fabuły. Bo czasami najlepsze historie nie potrzebują wymyślonych bohaterów, wielkich zwrotów akcji ani literackich fajerwerków. Wystarczy prawdziwe życie. A Robert Ackermann potrafił opowiedzieć je tak, że chciało się iść dalej. Po słonecznej stronie ulicy.
Książka pt. „Chodziłem po słonecznej stronie ulicy” ukazała się nakładem Wydawnictwa Ebisu

