Kiedyś zastanawiałem się, jak to jest z wielkimi mistrzami pióra, kiedy zbliżają się do mety? Jedni piszą z namaszczeniem podręczniki pod publiczkę, inni milkną na wieki, a tacy jak Ernest Hemingway – z pistoletem przy boku, po kolejnej wpadce samolotowej i z głową pełną afrykańskiego żaru – siadają przy stole i przelewają na papier absolutnie wszystko, co im zostało w sercu. Bez filtra, bez cyzelowania każdego słowa pod akademickie nagrody, za to z żywym pulsem krwi. Kiedy wziąłem do ręki „Prawdę o świcie”, spodziewałem się literackiej ciekawostki dla geeków i ortodoksyjnych fanów. Dostałem jednak coś znacznie potężniejszego: intymny, surowy i momentami bolesny bilet do głowy faceta, który zmierzał ze swoim mitem ku ostateczności.
Kenia, rok 1953. Powstanie Mau Mau wisi w powietrzu, dzika Afryka huczy od napięć, a Hemingway wraca na swoje ostatnie w życiu safari. I tu od razu ucinam wszelkie snobistyczne dyskusje: nie znajdziecie tu nudnych wykładów o polityce kolonialnej. Ernest ma gdzieś grzeczną publicystykę. On tu przyjechał żyć. Razem ze swoją czwartą żoną, Mary, osiada u stóp potężnego, ośnieżonego Kilimandżaro. I powiem Wam wprost – ta afrykańska przestrzeń wciąga czytelnika bez reszty od pierwszej strony. Czujesz ten pył na twarzy, słyszysz nocne odgłosy buszu, czujesz zapach prochu, gorącego słońca i taniej whisky sączonej pod rozgwieżdżonym niebem czarnego lądu.
Na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się niesamowicie prosta, wręcz filmowa. Mary ubzdurała sobie – i ma do tego święte prawo – że za wszelką cenę musi upolować ogromnego lwa, który terroryzuje okoliczne wioski. To jest jej cel, jej obsesja i jej prywatna walka o dumę. Z kolei Ernest... cóż, Ernest ma swoje własne fascynacje. W jego polu widzenia pojawia się młoda Afrykanka, Debb, która wkracza w jego świat z naturalną gracją i magnetyzmem, otwierając przed pisarzem drzwi do innej, bardziej pierwotnej rzeczywistości. I mogłoby się wydawać, że mamy tu klasyczną opowieść przygodową w stylu retro: polowanie, obóz, ognisko, męskie rozmowy i nutka egzotycznego romansu.
Ale z ręką na sercu – „Prawda o świcie” to coś znacznie, znacznie więcej. To rzadki, niepodrabiany dokument wewnętrznego życia pisarza. Hemingway rozlicza się tu sam ze sobą. Zamiast budować kolejne zmyślone fikcje, zaprasza nas do swojego warsztatu myśli. Czytasz te strony i masz wrażenie, że siedzisz z nim przy jednym stole w obozowym namiocie. Słuchasz jego rozważań o naturze twórczości – o tym, jak to jest pisać całe życie, kiedy wszyscy dookoła oczekują od Ciebie kolejnego arcydzieła. Pisarz wraca pamięcią do dawnych, niezapomnianych lat w Paryżu, do słonecznej, bezwzględnej Hiszpanii, rzuca celne, niepozbawione złośliwości i szacunku refleksje o innych pisarzach. Zastanawia się głośno nad tym, co to w ogóle znaczy pisać i dlaczego najlepsze momenty życia zawsze wymykają się słowom.
To, co najbardziej uderza w tej książce, to fakt, że Ernest Hemingway genialnie balansuje na cieniutkiej granicy między czystą autobiografią a stworzonym przez lata mitem własnej osoby. Nigdy do końca nie wiesz, gdzie kończy się prawdziwe zdarzenie z tamtego afrykańskiego obozu, a gdzie zaczyna literacka kreacja faceta, który całe życie budował legendę „Papa Hemingwaya”. I wcale nie chcesz tego rozstrzygać! Ta niejednoznaczność jest największą siłą tej pozycji. Nie ma tu miejsca na dydaktyzm ani akademickie analizy symboliki – dostajesz czystą, niefiltrowaną prozę człowieka, który kochał życie na krawędzi.
Warto pamiętać o dramatycznych losach tego tekstu. Ta książka nigdy nie została ukończona za życia autora. Dopiero w 1999 roku – dokładnie w setną rocznicę urodzin pisarza – jego syn, Patrick Hemingway, który jako młody chłopak był uczestnikiem tamtego afrykańskiego safari, wziął te maszynopisy w swoje ręce i przygotował je do druku. Dzięki niemu światło dzienne ujrzała opowieść szorstka, momentami pospieszna, surowa jak afrykańska sawanna, a jednak emanująca niesamowitym, żywiołowym urokiem. To nie jest gładziutki, wypolerowany przez wydawców produkt marketingowy. To żywy organizm literacki, w którym czuć pot, zmęczenie i pasję.
„Prawda o świcie” pochłonęła mnie bez reszty, bo przypomniała mi, dlaczego zacząłem czytać Hemingwaya lat temu kilkanaście. To proza, która ma zapach prochu, smalcu, czerwonego wina i gorącego afrykańskiego wiatru. Nie uczy nas teorii literatury. Uczy nas czegoś o wiele ważniejszego: jak patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami, dopóki starcza nam sił i tchu. Dlatego z wielką przyjemnością i pełnym przekonaniem doceniam tę pozycję w jedyny słuszny sposób. Zamykam tę recenzję werdyktem, który na moim blogu ma szczególne znaczenie: „Prawda o świcie” trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Jeśli szukacie literatury z krwi i kości, wolnej od nadęcia, za to pełnej prawdziwego ludzkiego pulsu – bierzcie w ciemno. Warto.
Książka pt. „Prawda o świcie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy

