Nie każda książka próbuje zaimponować rozmachem fabuły czy spektakularnymi zwrotami akcji. Czasem wystarczy jeden człowiek i jego historia, by poruszyć czytelnika mocniej niż najbardziej wymyślona powieść. Tak właśnie jest z autobiografią Aleksandry Milewskiej „(Nie)jesteś cudem!”. To lektura, która nie udaje, nie upiększa rzeczywistości i nie próbuje nikogo przekonywać na siłę. Po prostu zaprasza do świata autorki. A kiedy już przekroczymy próg tego świata, trudno pozostać obojętnym.
Aleksandra Milewska oddaje czytelnikom kawałek swojego życia. Robi to z ogromną szczerością, odwagą i pokorą. Nie kreuje się na bohaterkę, nie szuka współczucia i nie oczekuje oklasków. Opowiada o codzienności, która dla wielu z nas wydaje się oczywista, a dla niej przez lata była nieustannym wyzwaniem. O życiu z własnym ciałem, które nie zawsze chce współpracować. O lęku, który potrafi sparaliżować. O samotności, która boli bardziej niż fizyczny ból. O marzeniach, które wydają się być na wyciągnięcie ręki, a jednak droga do nich okazuje się znacznie dłuższa niż mogłoby się wydawać.
Największą siłą tej książki jest autentyczność. W dzisiejszym świecie pełnym idealnych zdjęć, motywacyjnych sloganów i udawanego szczęścia dostajemy historię prawdziwego człowieka. Takiego, który ma gorsze dni, który się boi, płacze, wątpi i czasami zwyczajnie nie ma już siły. I właśnie dlatego ta opowieść działa tak mocno. Nie czytamy o kimś nieosiągalnym. Czytamy o kobiecie, która każdego dnia podejmuje walkę o zwyczajne życie.
Autorka niezwykle otwarcie opisuje swoje dorastanie. Nie ucieka od trudnych wspomnień ani bolesnych doświadczeń. Każdy rozdział przypomina kolejne odsłanianie serca. Nie ma tutaj literackich fajerwerków ani prób wywołania sztucznych emocji. Wszystko płynie naturalnie. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, że siedzi naprzeciwko Aleksandry przy kubku herbaty i po prostu słucha jej opowieści.
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, jak autorka opisuje ataki paniki. Nie jako medyczny problem, ale jako doświadczenie człowieka. Czujemy bezradność, zagubienie i strach. To fragmenty, które zostają w głowie na długo, bo pokazują coś, czego często nie rozumiemy, dopóki sami tego nie doświadczymy albo nie usłyszymy od kogoś, kto przeżył to naprawdę. Jednocześnie nie jest to książka pogrążona wyłącznie w smutku. Między trudnymi momentami pojawiają się chwile ciepła, humoru i nadziei. Autorka pokazuje, że nawet w najbardziej wymagającym życiu można odnaleźć promienie słońca. Czasem są niewielkie, czasem ledwie dostrzegalne, ale to właśnie one pozwalają iść dalej.
Bardzo podobało mi się również to, że Aleksandra Milewska nie moralizuje. Nie mówi czytelnikowi, jak powinien żyć. Nie rozdaje recept na szczęście. Dzieli się jedynie własnym doświadczeniem. A właśnie takie historie mają największą moc. Nie dlatego, że uczą, ale dlatego, że pozwalają spojrzeć na świat z zupełnie innej perspektywy.
Podczas lektury wielokrotnie zatrzymywałem się na chwilę. Nie dlatego, że książka jest trudna w odbiorze. Wręcz przeciwnie. Czyta się ją bardzo płynnie. Zatrzymywałem się, bo potrzebowałem chwili, by poukładać sobie w głowie to, co przed chwilą przeczytałem. Uświadamiałem sobie, jak często narzekamy na drobiazgi, nie dostrzegając, że dla kogoś innego zwykły dzień jest prawdziwym wyzwaniem. Nie oznacza to jednak, że jest to książka wyłącznie o cierpieniu. To przede wszystkim opowieść o niezwykłej sile. Nie tej spektakularnej, którą oglądamy w filmach. Chodzi o siłę wstania z łóżka mimo lęku. O odwagę wyjścia do ludzi. O budowanie niezależności krok po kroku. O nieustanne próby normalnego życia mimo przeszkód, które pojawiają się każdego dnia.
Bardzo cenię książki, które zostawiają po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie dobrej historii. „(Nie)jesteś cudem!” właśnie taka jest. Skłania do refleksji nad tym, jak patrzymy na innych ludzi. Jak łatwo oceniamy, nie znając ich historii. Jak często widzimy tylko efekt, nie dostrzegając drogi, którą ktoś musiał przejść. To również książka ucząca empatii. Nie tej deklarowanej, ale prawdziwej. Takiej, która rodzi się wtedy, gdy pozwalamy komuś opowiedzieć swoją historię do końca. Bez przerywania. Bez oceniania. Bez szukania prostych odpowiedzi. Styl Aleksandry Milewskiej doskonale pasuje do charakteru tej autobiografii. Jest prosty, naturalny i szczery. Nie znajdziemy tutaj niepotrzebnego patosu ani przesadnej poetyckości. Dzięki temu emocje wybrzmiewają jeszcze mocniej. To właśnie prostota sprawia, że słowa trafiają prosto do serca.
Jako Czyt-NIK szczególnie doceniam książki, które zostawiają czytelnika bogatszym o nowe spojrzenie na świat. Nie chodzi o wiedzę encyklopedyczną, lecz o emocje i doświadczenia. Po przeczytaniu tej autobiografii trudno wrócić do codzienności takim samym człowiekiem. Zaczynamy uważniej patrzeć na ludzi mijanych na ulicy. Z większą pokorą podchodzimy do własnych problemów. I chyba częściej zastanawiamy się nad tym, ile niewidzialnych walk toczy się wokół nas każdego dnia.
Nie mam wątpliwości, że „(Nie)jesteś cudem!” to książka potrzebna. Nie dlatego, że odpowiada na wszystkie pytania. Wręcz przeciwnie. Zmusza do ich zadawania. Pokazuje, że za każdym uśmiechem może kryć się ogromny wysiłek, a za pozornie zwyczajnym życiem – historia pełna bólu, odwagi i determinacji.
Z ogromną przyjemnością dołączam tę autobiografię do czyt-NIKowej biblioteczki, bo są książki, które warto mieć nie tylko na półce, ale przede wszystkim w sercu. Aleksandra Milewska stworzyła opowieść, która zostawia ślad i przypomina, że największym bohaterstwem bywa po prostu przeżyć kolejny dzień i się nie poddać. Dlatego z pełnym przekonaniem przyznaję „(Nie)jesteś cudem!” wyróżnienie NIK – Najlepsza Interesująca Książka. To tytuł, który wzrusza, inspiruje i uczy uważności na drugiego człowieka. Jeśli szukacie historii prawdziwej, szczerej i napisanej prosto z serca, koniecznie po nią sięgnijcie. Jestem przekonany, że po zamknięciu ostatniej strony zostanie z Wami na długo. To jedna z tych książek, które nie krzyczą, a mimo to ich głos słychać bardzo wyraźnie. Książka pt. „(Nie)jesteś cudem!” dostępna jest tutaj

