Czasami trafia się na komiks, do którego siada się z ogromnymi oczekiwaniami, z wypiekami na twarzy i otwartym umysłem, a po przewróceniu zaledwie kilku stron – po prostu zapomina się o całym świecie wokół. Znasz to niesamowite uczucie, kiedy otwierasz pierwszy kadr nowej pozycji, a mrok z papierowych stron dosłownie wylewa się na Twój pokój, otulając Cię gęstą, niepokojącą, wręcz namacalną atmosferą? Właśnie to bezkompromisowe doświadczenie spotkało mnie, gdy w moje ręce trafił „Batman. Miasto szaleństwa”. Powiedzieć, że ta lektura mnie wciągnęła, to jakby nic nie powiedzieć! Ja dosłownie przepadłem w tej historii na długie godziny. I od razu powiem Wam prostym, żołnierskim słowem, bez żadnego owijania w bawełnę, zbędnego akademickiego nadęcia czy nadętego teoretyzowania – to jest absolutna petarda, obok której żaden prawdziwy fan sztuki sekwencyjnej nie może przejść obojętnie!
Każdy z nas doskonale zna Gotham City. Wiecie, to znane z popkultury, ikoniczne, klimatyczne, mroczne i pełne zepsucia miasto, w którym zbrodnia czai się w każdym ciemnym zaułku, a na stróżach prawa od zawsze ciąży widmo nieuchronnej bezsilności. Mroczny Rycerz przez dekady przyzwyczaił nas do tego, że potrafi stawić czoła największym psychopatom, bezwzględnym przestępcom i mordercom – od Jokera, przez Dwie Twarze, aż po Bane’a. Znamy te schematy, znamy te pojedynki i ten nieustanny taniec ze złem. Ale co się stanie, gdy pod dobrze znanymi, tętniącymi życiem ulicami powierzchni odkryjemy coś znacznie bardziej przerażającego? Coś, co sprawi, że dotychczas znana nam rzeczywistość zacznie pękać niczym cienkie, kruche szkło pod naciskiem nieznanej siły? Christian Ward, wielokrotny zdobywca prestiżowej Nagrody Eisnera, ceniony twórca takich dzieł jak „ODY-C”, „Invisible Kingdom” czy „Machine Gun Wizards”, zabiera nas w niezwykłą podróż. Po tej lekturze już nigdy nie spojrzycie na mitologię Batmana oraz samego Gotham w ten sam sposób.
Scenariusz tej historii buduje niesamowite, dławiące wręcz napięcie od pierwszych stron. Pod podłogą znanej nam metropolii kryje się bowiem Dolne Gotham – żywy, pulsujący koszmar, który przez całe dziesięciolecia karmił się nienawiścią, strachem, bólem i najczarniejszymi emocjami mieszkańców powierzchni. Przez całe lata starano się utrzymać to prawdziwe piekło na ziemi w szczelnym zamknięciu. Przejście między miastami było zablokowane, pilnie strzeżone, a sama tajemnica gnicia pod podłogą miasta spoczywała głęboko w ukryciu przed wzrokiem zwykłych śmiertelników. Ale przecież doskonale wiemy, jak to bywa w najlepszych, najbardziej wciągających opowieściach z dreszczykiem – nic, co skrajnie złe i niebezpieczne, nie trwa wiecznie w uwięzieniu. W końcu bariera pęka. A to, co wydostaje się na ulice powierzchni, przerasta najśmielsze, najbardziej koszmarne wyobrażenia. Na światło dzienne wychodzi wypaczona, przerażająca wersja Mrocznego Rycerza, gotowa pogrążyć całe miasto w absolutnym, bezdennym obłędzie.
Nie ma tutaj miejsca na nudę, zbędne dłużyzny czy sztuczne podniosłe wywody. Jest za to genialnie skonstruowana, mięsista opowieść, która w mistrzowski sposób łączy klasyczny, brudny kryminał detektywistyczny z horrorem w najlepszym wydaniu Howarda Phillipsa Lovecrafta. Kiedy czytałem o tym uwięzionym pod ziemią szaleństwie i obcych mocach wykraczających poza ludzkie pojęcie, czułem, jak na rękach staje mi dęba każdy włos. Ta narastająca bezsilność Batmana, ta konieczność wejścia w desperacki, szalony układ z ludźmi, których normalnie bez mrugnięcia oka wsadziłby za grube kraty azylu Arkham – to buduje niesamowitą, wybuchową dynamikę. Aby powstrzymać nadchodzącą absolutną grozę i uratować świat przed zagładą, Batman musi zawrzeć sojusz ze swoimi najstarszymi, najbardziej niebezpiecznymi wrogami. Stawka jeszcze nigdy nie była tak wysoka, a bohaterowie muszą stawić czoła prawdzie, która na zawsze zmieni ich postrzeganie własnego domu.
Jednak tym, co sprawia, że ten album dosłownie parzy w dłonie i po prostu nie pozwala odłożyć się na półkę ani na sekundę, jest również bezdyskusyjny, powalający walor graficzny. Moi Drodzy, powiem to prosto z serca – pozostaję w pełnym, niemal nabożnym zachwycie wobec kunsztu tworzenia rysunków zaprezentowanego w tym tomie! Christian Ward stworzył oprawę wizualną, która jest po prostu nieziemskim, malarskim majstersztykiem. Kolory, kreska, rewelacyjne operowanie światłem, nieprawdopodobna kompozycja pojedynczych kadrów i całych plansz – to wszystko żyje, pulsuje, oddycha i przeraża w absolutnie genialny sposób. Tu żaden kadr nie jest tylko zwykłym tłem dla dialogów; te ilustracje są prawdziwymi płucami, sercem i dumną duszą całej opowieści. Oglądamy tutaj surrealistyczną plastyczność, niesamowitą grę plamą barwną oraz odważne palety kolorystyczne, które wywołują u czytelnika wręcz fizyczny, metafizyczny niepokój. Kiedy spoglądamy na Dolne Gotham, widzimy odcienie nasyconej purpury, gnijących zieleni, krwistych czerwieni i głębokich fioletów, które sprawiają, że czujemy mroźny powiew tego koszmaru na własnej skórze. Kunszt rysownika powala na kolana – każdy detal, każdy zamaszysty ruch pędzla, każda wyrazista linia na zmęczonej twarzy Mrocznego Rycerza krzyczy o emocjach, obłędzie, strachu i desperackiej determinacji. To wizualne dzieło sztuki najwyższej próby.
Jako pasjonat i miłośnik opowieści, które potrafią wstrząsnąć człowiekiem do głębi, wywołać dreszcze i zostawić go z poczuciem absolutnego zachwytu po przewróceniu ostatniej strony, muszę przyznać otwarcie: „Batman. Miasto szaleństwa” to album absolutnie wyjątkowy. Niezwykle wysoko cenię sobie opowieści, które nie boją się eksperymentować, potrafią przesuwać utarte granice gatunkowe i z odwagą wkraczają w mroczne, dotąd niezbadane rejony psychiki dobrze nam znanych bohaterów oraz złoczyńców. Obserwowanie, jak zacierają się granice między zdrowym rozsądkiem a obezwładniającym obłędem, dało mi czystą, niczym nieskrępowaną, wręcz dziecięcą frajdę z czytania.
Nie mam zatem najmniejszych wątpliwości i powiem to z pełną odpowiedzialnością oraz wielką dumą – ten komiks w pełni zasługuje na miano NIK - Najlepszej Interesującej Książki! To zaszczytne wyróżnienie przyznaję tylko pozycjom wyjątkowym, nietuzinkowym, które wyróżniają się porywającą fabułą, niepowtarzalnym klimatem i ładunkiem emocjonalnym, o którym pamięta się jeszcze długo po zamknięciu okładki. Album Christiana Warda bezapelacyjnie wzbogaca moją prywatną kolekcję, dodając nieocenionej wartości czyt-NIKowej biblioteczce. To jedna z tych bezcennych pozycji, do których będę wracał niezwykle chętnie i regularnie – nie tylko po to, by ponowie przeżyć tę mroczną, wciągającą historię, ale przede wszystkim po to, by po raz kolejny napawać oczy nieprawdopodobnym, artystycznym kunsztem rysunków.
Jeśli szukacie w komiksach czegoś więcej niż zwykłej rozrywki, jeśli pragniecie historii, która wyrwie Was z kapci, zmusi do głębokiego oddechu i zaoferuje niezapomnianą, mroczną przygodę w najciemniejszych zakamarkach psychiki, nie zastanawiajcie się ani chwili. „Batman. Miasto szaleństwa” to lektura obowiązkowa, bezapelacyjny hit i pozycja, którą po prostu musicie mieć na swojej półce. Zdecydowanie, z całego serca polecam!
Komiks pt. „Batman. Miasto szaleństwa” dostępny jest tutaj

