Bernard Minier po raz kolejny udowadnia, że doskonale wie, jak przyciągnąć czytelnika do swojej historii i sprawić, by po kilku stronach trudno było odłożyć książkę na bok. „H” to moje kolejne spotkanie z twórczością autora i zdecydowanie takie, które pozostanie w mojej czytelniczej pamięci już na zawsze.
Martin Servaz ponownie rusza tropem człowieka, którego nazwisko dla wielu osób stało się synonimem zła, obsesji i niewyobrażalnego zagrożenia. Julian Hirtmann ucieka z więzienia, a wraz z jego zniknięciem rozpoczyna się polowanie, w którym każdy uczestnik ma własne motywacje, własne pytania i własny pomysł na to, dokąd prowadzi ta historia. I właśnie tutaj Bernard Minier pokazuje swoją ogromną kreatywność w konstruowaniu fabuły. Bo „H” nie jest jedynie opowieścią o pościgu za seryjnym zabójcą.
Autor buduje znacznie bardziej rozbudowaną układankę, w której obok Martina Servaza pojawiają się internetowi detektywi, miłośnicy true crime, popularny prezenter telewizyjnego talk-show czy autor bestsellerów. Każdy chce wiedzieć więcej. Każdy próbuje odkryć prawdę. Każdy ma też własny interes w tym, żeby znaleźć się jak najbliżej wydarzeń. Czy można wyobrazić sobie lepszy przepis na czytelnicze napięcie? Moim zdaniem trudno.
Bernard Minier bardzo umiejętnie wykorzystuje współczesny świat, w którym prawdziwe zbrodnie potrafią w ciągu kilku godzin stać się internetowym widowiskiem, a każdy użytkownik sieci może poczuć się detektywem. True crime, media, pogoń za sensacją, fascynacja seryjnymi mordercami i potrzeba poznania prawdy spotykają się tutaj w jednej historii. I właśnie dlatego „H” tak mocno działa na wyobraźnię. Czytelnik nie stoi wyłącznie obok Martina Servaza. Zostaje wciągnięty w sam środek wydarzeń. Obserwuje kolejne ruchy bohaterów, próbuje łączyć fakty, zastanawia się, komu można zaufać i przede wszystkim – czeka na moment, w którym wszystkie elementy tej układanki zaczną do siebie pasować. Tyle tylko, że Bernard Minier doskonale wie, jak długo pozwolić nam czekać. To jedna z największych zalet tej książki.
Autor nie prowadzi swojej opowieści po prostej. Zamiast tego dokłada kolejne elementy, zmienia perspektywy, podkręca atmosferę i pozwala, aby napięcie stopniowo rosło. Z każdą przekładaną stroną emocje stają się coraz mocniejsze, a poczucie bezpieczeństwa czytelnika coraz bardziej się oddala. I kiedy wydaje się nam, że już zaczynamy rozumieć, w którą stronę zmierza ta historia, Minier potrafi wykonać kolejny ruch. Właśnie takie książki lubię najbardziej. Takie, które nie traktują czytelnika jak kogoś, komu trzeba wszystko podać na tacy. Takie, które pozwalają mu samemu szukać odpowiedzi, snuć podejrzenia i budować własne teorie. „H” daje tę możliwość, a jednocześnie regularnie przypomina, że w świecie wykreowanym przez Bernarda Miniera nic nie musi być takie, jakim początkowo się wydaje. Szczególnie mocno działa motyw zacierania granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją. To właśnie tutaj historia nabiera dodatkowego ciężaru. Bo co dzieje się wtedy, gdy ludzie zaczynają traktować prawdziwe tragedie jak kolejną historię do komentowania, analizowania i oglądania? Co dzieje się, gdy zainteresowanie zbrodnią zaczyna wymykać się spod kontroli? I co dzieje się wtedy, gdy osoby poszukujące prawdy same zaczynają stawać się częścią niebezpiecznej gry? Minier potrafi te pytania przemycić do fabuły bez zamieniania książki w wykład. I bardzo to doceniam.
Warto nadmienić, że klimat zawarty na kartach „H” jest naprawdę gęsty. Niepokój pojawia się nie tylko wtedy, gdy na scenie znajduje się Hirtmann. Czasami wystarczy sama świadomość, że gdzieś w tle znajduje się człowiek, którego przeszłość budzi grozę. To poczucie zagrożenia działa na wyobraźnię i sprawia, że nawet pozornie spokojniejsze fragmenty mają w sobie coś niepokojącego. Martin Servaz po raz kolejny otrzymuje zadanie, które wymaga od niego nie tylko determinacji, ale również umiejętności poruszania się po świecie pełnym półprawd, medialnego zamieszania i ludzi mających własne cele. I właśnie jego obecność sprawia, że ta historia ma dla mnie dodatkową wartość.
To moje kolejne spotkanie z bohaterem, którego twórczość Bernarda Miniera pozwoliła mi już wcześniej poznać. Tym razem Servaz ponownie zostaje wrzucony w sam środek wydarzeń, w których nie ma miejsca na przypadkowe ruchy. Każdy krok może prowadzić do rozwiązania, ale może również otworzyć kolejne drzwi do jeszcze większej tajemnicy. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Minier konstruuje tę opowieść. Jego kreatywność nie polega wyłącznie na wymyślaniu kolejnych zagadek. Chodzi również o sposób, w jaki łączy poszczególne elementy historii. Kryminał, pościg, true crime, media, zainteresowanie opinii publicznej i tajemnice związane z jednym z największych skandali kryminalnych i seksualnych ostatnich dekad tworzą tutaj mieszankę, która naprawdę potrafi rozgrzać emocje. To czytelnicza uczta. I z każdą przekładaną stroną robi się coraz bardziej intensywna.
Nie ukrywam, że właśnie tego oczekuję od dobrego thrillera. Chcę czuć napięcie. Chcę zadawać sobie pytania. Chcę mieć wrażenie, że autor prowadzi mnie przez labirynt, którego wyjścia nie potrafię znaleźć. Chcę wreszcie dojść do momentu, w którym odkładam książkę i przez chwilę jeszcze myślę o tym, co właśnie przeczytałem. „H” daje mi dokładnie takie doświadczenie.
Styl Bernarda Miniera doskonale współgra z historią, którą opowiada. Narracja jest sprawna, wydarzenia nabierają tempa, a kolejne elementy układanki pojawiają się w odpowiednim momencie. Autor potrafi budować atmosferę i sprawiać, że czytelnik cały czas pozostaje czujny. A przecież w thrillerze właśnie o to chodzi. O czujność. O emocje. O tę charakterystyczną myśl: „Jeszcze tylko jeden rozdział”. A potem okazuje się, że jest już znacznie później, niż planowaliśmy. „H” jest również książką, która pokazuje, jak ogromną siłę może mieć opowieść, kiedy autor potrafi odpowiednio połączyć fabułę, bohaterów i atmosferę. To bez wątpienia znak rozpoznawczy Bernarda Miniera
Autor nie tylko prowadzi nas tropem seryjnego zabójcy. Zabiera nas w literacką podróż, podczas której coraz mocniej zaczynamy zastanawiać się, gdzie kończy się prawda, a zaczyna kreacja. I właśnie dlatego ta książka zostanie ze mną na dłużej. To moje kolejne spotkanie z twórczością Bernarda Miniera, ale jednocześnie takie, które zapisuje się w mojej czytelniczej pamięci już na zawsze. Doceniam kreatywność autora, jego pomysł na poprowadzenie historii, styl, narrację oraz sposób budowania napięcia. Wszystkie te elementy sprawiają, że „H” jest dla mnie książką, której zdecydowanie warto dać szansę. A skoro na mojej półce znajdują się książki, które szczególnie mocno zapisały się w moim czytelniczym świecie, to nie mogło być inaczej. „H” trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Książka pt. „H” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

