Nie każda historia daje się po prostu przeczytać. Niektóre trzeba przeżyć. Pozwolić, aby kolejne strony prowadziły nas coraz głębiej w świat bohaterów, tajemnic i wydarzeń, które na pierwszy rzut oka wydają się od siebie całkowicie niezależne. A potem przychodzi moment, kiedy zaczynają się łączyć. Nagle pojedyncze elementy układanki wskakują na swoje miejsce, a czytelnik orientuje się, że został wciągnięty w opowieść znacznie bardziej misterną, niż początkowo przypuszczał. „Wielka woda nad Babią Górą” Ireny Małysy jest właśnie taką książką.
To moje kolejne spotkanie z twórczością autorki i po raz kolejny przekonałem się, że Irena Małysa potrafi zbudować kryminalną historię, która nie ogranicza się wyłącznie do poszukiwania sprawcy. Jej powieść staje się czymś znacznie większym. Jest zaproszeniem do czytelniczej uczty, podczas której z każdą przekładaną stroną rośnie napięcie, ciekawość i przede wszystkim emocje. A tych tutaj zdecydowanie nie brakuje.
W centrum wydarzeń ponownie znajduje się Baśka Zajda – prywatna detektyw, którą czytelnicy serii zdążyli już dobrze poznać. Tym razem musi zmierzyć się ze sprawą zaginięcia Eryka Krawca. Mężczyzna wychodzi pobiegać i nie wraca do domu. Z pozoru mogłaby to być jedna z wielu spraw zaginięcia. Szybko okazuje się jednak, że za pozornie zwyczajnym wydarzeniem kryje się znacznie bardziej skomplikowana historia. Baśka, wraz ze swoją suką Chytrą, zaczyna podążać tropem prowadzącym między innymi do luksusowych domków, brudnych pieniędzy i krwawych tajemnic. I właśnie tutaj rozpoczyna się czytelnicza podróż, z której naprawdę trudno zawrócić.
Autorka bardzo sprawnie prowadzi nas przez trzy płaszczyzny czasowe. Rok 2025, rok 2010 oraz lata 1942–1945. Każda z tych historii ma własny klimat, własne tajemnice i własnych bohaterów. Początkowo można odnieść wrażenie, że mamy przed sobą trzy zupełnie różne opowieści. Ale przecież w powieści Ireny Małysy nic nie dzieje się przypadkowo. Katastrofalna powódź w Beskidach, śmierć siedemnastoletniej Agnieszki i zaginięcie inspektora Wojdy. Wojna, pałac w Jaszczurowej, młoda Nastka i bezcenny skarb, który zamiast przynieść szczęście, okazuje się początkiem przekleństwa. I wreszcie współczesność oraz zaginięcie Eryka.
Ogromnie doceniam kreatywność autorki w konstruowaniu tej historii. Połączenie różnych epok, wydarzeń i ludzkich losów wymagało nie tylko pomysłu, ale również umiejętnego poprowadzenia narracji. Irena Małysa robi to w sposób, który sprawia, że czytelnik chce poznawać kolejne elementy układanki. Nie dostajemy wszystkiego od razu. Autorka dawkuje informacje, podrzuca tropy, otwiera kolejne drzwi i pozwala nam zaglądać za nie tylko po to, by za chwilę odkryć, że za kolejnymi drzwiami czeka następna tajemnica. I właśnie to bardzo lubię w kryminałach. Nie chodzi wyłącznie o pytanie: „Kto to zrobił?”. Równie ważne staje się pytanie „Dlaczego?”. A w „Wielkiej wodzie nad Babią Górą” tych pytań pojawia się naprawdę sporo.
Autorka pokazuje, że przeszłość nigdy nie znika całkowicie. Czas może przykryć pewne wydarzenia, ludzie mogą próbować o nich zapomnieć, a kolejne pokolenia mogą żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Jednak tajemnice mają to do siebie, że prędzej czy później potrafią upomnieć się o swoje. Irena Małysa bardzo dobrze wykorzystuje ten motyw. Historia skarbu, który pojawia się w wojennych latach, nie jest jedynie ciekawym dodatkiem do kryminalnej intrygi. Staje się jednym z elementów budujących atmosferę całej powieści. Jest w niej coś niemal mrocznego, coś, co sprawia, że wraz z bohaterami zaczynamy zastanawiać się, jaką cenę człowiek jest gotów zapłacić za bogactwo, władzę czy zachowanie tajemnicy. A cena może okazać się najwyższa.
Dużą siłą książki jest również miejsce, w którym rozgrywa się część wydarzeń. Beskidy, Babia Góra, doliny i miejscowości, które zamiast być jedynie tłem, stają się pełnoprawnymi uczestnikami tej opowieści. Góry mają w sobie coś niezwykłego. Potrafią zachwycać, ale potrafią też budzić niepokój. W tej powieści autorka wykorzystuje oba te oblicza. Jest piękno, ale jest również mrok. Jest natura, ale jest też człowiek ze swoimi ambicjami, słabościami, lękami i sekretami. I chyba właśnie dlatego atmosfera tej książki tak dobrze działa. Nie sposób nie wspomnieć o Baśce Zajdzie. To bohaterka, która nie potrzebuje sztucznego udziwniania, aby przyciągnąć uwagę. Jej obecność nadaje historii odpowiednie tempo, a kolejne działania sprawiają, że razem z nią próbujemy zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się w przeszłości i jak poszczególne wydarzenia łączą się ze współczesnością. A Chytra? Jest dokładnie takim dodatkiem, który potrafi rozładować napięcie, ale jednocześnie sprawia, że Baśka zyskuje jeszcze więcej charakteru.
„Wielka woda nad Babią Górą” ma również tę zaletę, że nie próbuje na siłę epatować sensacją. Napięcie budowane jest przede wszystkim przez historię. Przez pytania, które pojawiają się w głowie podczas lektury. Przez kolejne odkrycia i świadomość, że gdzieś przed nami znajduje się odpowiedź, ale zanim do niej dotrzemy, będziemy musieli przejść jeszcze kilka zakrętów.
Styl i narracja Ireny Małysy zasługują na uznanie. Autorka pisze w sposób przystępny, a jednocześnie potrafi stworzyć atmosferę, która zostaje z czytelnikiem. Nie przeciąża historii zbędnymi opisami, nie komplikuje jej językiem i nie próbuje udowadniać, że kryminał musi być literackim wykładem. Tutaj najważniejsza jest opowieść. I ta opowieść działa. Z każdą stroną coraz bardziej. Im bliżej końca, tym mocniej chciałem poznać wszystkie odpowiedzi. A kiedy kolejne elementy zaczęły tworzyć całość, pojawiła się satysfakcja charakterystyczna dla dobrze skonstruowanego kryminału. To właśnie ten moment, dla którego warto czytać takie historie – kiedy nagle rozumiemy, po co autorka prowadziła nas wszystkimi tymi drogami.
„Wielka woda nad Babią Górą” jest szóstym tomem serii z Baśką Zajdą, ale przede wszystkim jest kolejną udaną próbą udowodnienia, że kryminał może być czymś więcej niż tylko zagadką do rozwiązania. Może być podróżą w czasie. Może być opowieścią o konsekwencjach ludzkich decyzji. Może być historią o tym, że sekrety potrafią przetrwać całe pokolenia. To moje kolejne spotkanie z twórczością Ireny Małysy i wiem już, że pozostanie ono w mojej czytelniczej pamięci na zawsze. Autorka po raz kolejny zaprosiła mnie do świata, z którego nie chciałem zbyt szybko wychodzić. Zachwyca kreatywnością, pomysłowością i sposobem budowania historii. Jej styl, narracja, niezwykła atmosfera oraz umiejętność łączenia przeszłości ze współczesnością sprawiają, że kolejne strony pochłania się z ogromną ciekawością.
Przede wszystkim jednak podczas lektury nie byłem jedynie obserwatorem wydarzeń. Stałem się częścią tej czytelniczej podróży. Przeżywałem emocje bohaterów, odkrywałem kolejne elementy historii i z zainteresowaniem podążałem śladami wydarzeń, które połączyły przeszłość z teraźniejszością. A właśnie takie książki lubię najbardziej. Dlatego nie mam wątpliwości, że „Wielka woda nad Babią Górą” trafia na moją półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo właśnie tym dla mnie jest ta powieść. Najlepszą Interesującą Książką, która nie tylko opowiada historię, ale potrafi rozgrzać czytelnicze emocje, pobudzić ciekawość i sprawić, że po zamknięciu ostatniej strony jeszcze przez dłuższą chwilę pozostajemy myślami w jej świecie. A przecież właśnie o to chodzi w dobrej literaturze. Żeby historia się skończyła, ale nie skończyły się nasze emocje.
Książka pt. „Wielka woda nad Babią Górą” ukazała się nakładem Wydawnictwa Mova

