Nie każda podróż wymaga walizki, biletu i ruszenia w drogę. Czasami wystarczy książka, kilka fotografii, wspomnienia ludzi i autor, który potrafi z rozsypanych kawałków przeszłości ułożyć opowieść. „Pyrlik, Wiatyk, Mulimare. Studenckie życie kulturalne w Bytomiu 1965–1989” Marcina Hałasia jest właśnie taką podróżą. Podróżą do Bytomia, którego już nie ma, ale który dzięki tej książce na nowo pojawia się przed oczami czytelnika. I właśnie to jest w tej publikacji najcenniejsze.
Nie dostajemy suchej kroniki wydarzeń, zestawienia dat, nazwisk i faktów. Oczywiście, historia jest tutaj niezwykle ważna, ale autorowi udało się zrobić coś znacznie trudniejszego. Ożywił ludzi, miejsca i atmosferę. Sprawił, że Pyrlik, Wiatyk i Mulimare przestają być jedynie nazwami zapisanymi na kartach historii. Zaczynają funkcjonować jak miejsca, do których można wejść. Posłuchać rozmów. Poczuć atmosferę. Zobaczyć młodych ludzi, którzy mieli pomysły, energię i potrzebę tworzenia czegoś własnego. A przecież mówimy o czasach, które dla wielu współczesnych czytelników są już historią.
Lata 1965–1989. Zupełnie inna Polska. Zupełnie inny Bytom. Inne możliwości, ograniczenia, problemy i marzenia. A jednak ludzie pozostają zaskakująco podobni. Chcieli się spotykać, rozmawiać, tworzyć, występować, śmiać się, dyskutować i robić coś, co miało znaczenie. Kultura studencka nie była więc jedynie dodatkiem do nauki. Dla wielu osób stawała się przestrzenią wolności. I chyba właśnie słowo „wolność” jest jednym z tych, które podczas lektury tej książki pojawia się w głowie szczególnie często.
Pyrlik był klubem. Ale określenie „klub studencki” wydaje się zdecydowanie zbyt małe, aby opisać jego znaczenie. To było miejsce spotkań, wydarzeń, rozmów i inicjatyw. Miejsce, w którym coś się działo. Miejsce, do którego chciało się wracać. Dzisiaj, kiedy kulturę możemy mieć praktycznie na wyciągnięcie ręki, trudno czasami wyobrazić sobie, jaką siłę miały takie miejsca kilkadziesiąt lat temu. Nie było internetu. Nie było mediów społecznościowych. Nie było możliwości kliknięcia i obejrzenia koncertu, spektaklu czy spotkania z twórcą. Trzeba było przyjść. Trzeba było być częścią wydarzenia. I może dlatego wspomnienia związane z Pyrlikiem czy Wiatykiem mają w sobie taką niezwykłą moc.
Marcin Hałaś nie próbuje jednak idealizować tamtych czasów. I bardzo dobrze. Dzięki temu jego opowieść nie zamienia się w nostalgiczną laurkę. Obok anegdot, wspomnień, sukcesów i artystycznych uniesień pojawiają się również trudniejsze historie. Szczególnie mocno wybrzmiewają one w części poświęconej Teatrowi Wiatyk. To właśnie Wiatyk okazał się dla mnie jednym z najciekawszych elementów tej książki. Jeden z najciekawszych polskich teatrów alternatywnych lat 80. Dzisiaj ta nazwa może nie być znana młodszym pokoleniom. A przecież za nią kryli się konkretni ludzie. Aktorzy, twórcy, osoby pełne pasji i odwagi. Ludzie, którzy próbowali robić teatr po swojemu. I tutaj książka Marcina Hałasia robi coś naprawdę ważnego. Nie pozwala, aby ci ludzie zniknęli.
Autor dotarł do niemal wszystkich żyjących aktorów Wiatyku. Rozmawiał z osobami, które współtworzyły Pyrlik. Dzięki temu otrzymujemy coś znacznie więcej niż opracowanie historyczne. Otrzymujemy pamięć ludzi. A pamięć bywa fascynująca. Czasami zabawna. Czasami wzruszająca. Innym razem bolesna. Bywa też nieprzewidywalna, bo za oficjalną historią zawsze kryją się prywatne historie ludzi. I właśnie te prywatne historie nadają tej książce wyjątkowy charakter.
Podczas lektury miałem poczucie, że odkrywam kolejne warstwy Bytomia. Miasta, które znam, ale jednocześnie poznaję je z zupełnie innej strony. To jedna z największych zalet tej publikacji. Pokazuje, że historia miasta nie znajduje się wyłącznie w archiwach, starych budynkach czy podręcznikach. Historia jest również w pamięci mieszkańców. W ich opowieściach. W fotografiach. W nazwach miejsc, które dla jednych nic już dziś nie znaczą, a dla innych potrafią uruchomić lawinę wspomnień.
„Pyrlik, Wiatyk, Mulimare” jest więc książką o kulturze, ale również książką o ludziach. O młodości. O przyjaźni. O ambicjach. O marzeniach. O potrzebie bycia razem. O tworzeniu czegoś w czasach, które nie zawsze sprzyjały niezależności i artystycznym eksperymentom. Jest też książką o przemijaniu. Bo przecież Pyrlika już nie ma. Wiatyk zakończył działalność w 1986 roku. Z czasem zniknęły miejsca, zmienili się ludzie, zmieniło się miasto. Kolejne pokolenia zaczęły pisać własne historie. Ale dzięki takim książkom przeszłość nie zostaje całkowicie wymazana. I chyba właśnie dlatego lubię książki regionalne. Oczywiście, pod warunkiem że są napisane z pasją. Nie interesują mnie wyłącznie daty i suche fakty. Chcę poczuć miejsce. Chcę zobaczyć ludzi. Chcę mieć wrażenie, że autor zabiera mnie za rękę i mówi: „Chodź, pokażę ci Bytom, którego być może jeszcze nie znasz”.
Marcin Hałaś dokładnie to robi. Jego reporterska praca zasługuje na szczególne uznanie. Kwerenda źródłowa jest ważna, ale jeszcze ważniejsze okazują się rozmowy z ludźmi. To dzięki nim książka nabiera emocji. Dzięki nim przeszłość przestaje być odległa. Szczególnie mocno zostają w pamięci te fragmenty, w których zza artystycznej fasady zaczynają wychodzić zwyczajne ludzkie historie. Czasami dramatyczne, czasami zaskakujące, czasami bardzo osobiste. I właśnie wtedy uświadamiamy sobie, że za każdym spektaklem, koncertem czy wydarzeniem stali ludzie z własnymi problemami, lękami, nadziejami i wyborami. To sprawia, że tę książkę czyta się nie tylko jako historię studenckiej kultury. Czyta się ją jak opowieść o życiu. O pewnym pokoleniu. O pewnym mieście. O świecie, który przeminął, ale którego ślady wciąż można odnaleźć.
„Pyrlik, Wiatyk, Mulimare” jest również pięknym przypomnieniem, że lokalność wcale nie oznacza małości. Historia Bytomia może być fascynująca także wtedy, gdy nie opowiada o wielkich wydarzeniach znanych z pierwszych stron podręczników. Czasami wystarczy opowiedzieć o ludziach, którzy spotykali się w klubie, tworzyli teatr, organizowali wydarzenia i próbowali zmieniać swoją najbliższą rzeczywistość. To właśnie z takich historii składa się prawdziwe życie miasta. Dlatego tę książkę czytałem z ogromną przyjemnością. Była dla mnie nie tylko lekturą, ale również podróżą. I to podróżą szczególną, bo prowadzącą przez miejsca, ludzi i wydarzenia, których nie można już zobaczyć w takim kształcie, w jakim istniały przed laty.
Marcin Hałaś wykonał kawał świetnej reporterskiej roboty. Zebrał wspomnienia, poszukał informacji, dotarł do ludzi i przede wszystkim pozwolił im mówić. Dzięki temu stworzył książkę, która ma w sobie coś, czego nie da się uzyskać samymi dokumentami – emocje. A przecież właśnie emocje sprawiają, że po zamknięciu książki nie odkładamy jej po prostu na półkę i nie sięgamy po następną. Niektóre historie zostają z nami. Wracają w myślach. Każą inaczej spojrzeć na miejsca, które mijamy każdego dnia.
„Pyrlik, Wiatyk, Mulimare” właśnie do takich książek należy. To opowieść o Bytomiu, ale nie tylko dla bytomian. To książka dla wszystkich, którzy lubią odkrywać historie ukryte pomiędzy wielkimi wydarzeniami. Dla tych, którzy wierzą, że pamięć o ludziach jest równie ważna jak pamięć o miejscach. I dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wiele może powstać wtedy, gdy młodzi ludzie dostają przestrzeń do działania.
Dla mnie ta książka jest również kolejnym dowodem na to, że literatura o własnym mieście potrafi być fascynującą przygodą. Dlatego nie mam wątpliwości, że zasługuje na szczególne wyróżnienie. „Pyrlik, Wiatyk, Mulimare. Studenckie życie kulturalne w Bytomiu 1965–1989” umieszczam na swojej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to nie jest wyłącznie książka o tym, co było. To książka o tym, co pozostało. W pamięci ludzi. W historii miasta. I w czytelniku, który po jej przeczytaniu zaczyna patrzeć na Bytom trochę inaczej. A takich książek zdecydowanie warto szukać.
Książka pt. „Pyrlik, Wiatyk, Mulimare. Studenckie życie kulturalne w Bytomiu 1965–1989” ukazała się nakładem Księży Młyn Dom Wydawniczy

