To moje kolejne już spotkanie z twórczością Micka Herrona i po raz kolejny muszę to przyznać z pełną odpowiedzialnością: ten pisarz po prostu zdobył moje czytelnicze serce. Zaimponował mi niezwykłą kreatywnością pisarską i po raz kolejny zachwycił kunsztem tworzenia niepowtarzalnych, absolutnie wciągających historii. „Martwe lwy”, czyli druga część cyklu „Kulawe konie”, to proza najwyższych lotów w swojej kategorii – bezkompromisowa, błyskotliwa i trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Dla mnie jest to powieść bezapelacyjnie godna uwagi, dlatego też mogę śmiało dodać, że książka ta w pełni zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki, bez wątpienia dodając ogromnej wartości mojej czyt-NIKowej biblioteczce.
Autor po raz kolejny udowadnia, że świat szpiegów to nie tylko eleganckie garnitury, najnowsze gadżety, szampan i wykwintne kasyna w stylu Jamesa Bonda. U Herrona reality check bywa bolesny, duszny i pachnący starym papierosem oraz zimną kawą z taniego baru. Trafiamy z powrotem do Slough House – osobliwej przechowalni dla agentów, którzy zaliczyli potężne wpadki, ale z różnych powodów nie zostali jeszcze wyleani na zbity pysk z MI5. Zamiast widowiskowych akcji terenowych dostają papierkową robotę, sprawdzanie nudnych rejestrów i niekończące się przesuwanie dokumentów z kąta w kąt. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: nie przestajesz być szpiegiem tylko dlatego, że wypadłeś już z gry. Nawet jeśli twoje przełożone władze udają, że nie istniejesz, w twoich żyłach wciąż płynie ta sama zimna, analityczna krew.
Punktem wyjścia dla całej fabuły staje się śmierć Dickiego Bowa. Na pierwszy rzut oka – nic specjalnego. Zwykły starszy facet znaleziony martwy w autobusie, zgon z przyczyn naturalnych, sprawa zamknięta. Trudno przecież uważać kogoś takiego jak Dickie za oczywisty cel wyrafinowanego zamachu. Ale szpieg jednak zawsze pozostanie szpiegiem. W swoich czasach świetności Dickie był całkiem niezłym tajniakiem – perfekcyjnie robił za cień, pozostawał niewidoczny, a potem jak gdyby nigdy nic kładł swoim szefom na biurka cudze, najgłębiej skrywane sekrety.
Przed laty Dickie Bow siedział z samym Jacksonem Lambem w prawdziwym „zoo szpiegów” – w podzielonym murem Berlinie, gdzie zasady gry były proste, a wrogowie jasni i zdefiniowani. A teraz? Teraz Lamb ma już tylko stary telefon dawnego kumpla i pozostawioną na nim tajemniczą wiadomość. Wiadomość, która brzmi jak ciche ostrzeżenie zza grobu i pozwala sądzić, że pod samym nosem współczesnego, zadufanego w sobie brytyjskiego kontrwywiadu ktoś zaczyna prowadzić niebezpieczną operację w starym, dobrym, moskiewskim stylu.
I tu właśnie ujawnia się cała kreatywność autora w stworzeniu historii, której sukcesywne odkrywanie staje się cudowną literacką podróżą. To nie jest po prostu kolejna sensacyjna fabuła do odhaczenia w jeden wieczór. Herron buduje swoją opowieść tak precyzyjnie, z takimi niuansami i ładunkiem emocjonalnym, że ta historia na zawsze pozostaje w czytelniczej psychice. Odkrywanie kolejnych warstw intrygi przypomina ściąganie łusek z cebuli – pod jedną tajemnicą natychmiast kryje się następna, a stawka z każdym rozdziałem rośnie w zastraszającym tempie.
Niezwykle mocną stroną powieści są postaci, a na ich czele stoi oczywiście nieodżałowany Jackson Lamb. Geniusz w ciele niedbałego, gburowatego i wiecznie obnoszącego się ze swoimi nałogami faceta. To bohater wskroś autentyczny, magnetyczny i pociągający swoją bezczelnością. Styl, narracja oraz sposób budowania historii przez Herrona po prostu zasługują na największe uznanie. Pisarz operuje fenomenalnym, ciętym językiem, w którym czarny humor, ironia i absolutna bezwzględność w opisie ludzkich słabości mieszają się z ogromną empatią do swoich mocno pocharatanych przez życie bohaterów. Dialogi są natychmiastowe, ostre jak brzytwa i napisane z niesamowitym wyczuciem rytmu.
W „Martwych lwach” cała ekipa ze Slough House – te tytułowe „kulawe konie”, odtrącone przez system – znów rusza do akcji. I obserwowanie ich zmagań z systemem, własnymi kompleksami, a przede wszystkim ze śmiertelnie groźnym, wyłaniającym się z cienia przeciwnikiem, daje absolutną, czystą satysfakcję z czytania. Herron nie oszczędza swoich postaci, nie serwuje łatwych rozwiązań i nie boi się stawiać ich przed dramatycznymi wyborami.
To książka, która wciąga bez reszty, oszałamia klimatem zimnowojennego resentymentu przeniesionego we współczesne dekoracje i nie pozwala o sobie zapomnieć jeszcze długo po przewróceniu ostatniej strony. Mick Herron udowodnił, że pierwsza część nie była dziełem przypadku, a on sam jest w absolutnej czołówce współczesnych autorów powieści szpiegowskich i kryminalnych. Jeśli szukacie prozy wciągającej, inteligentnej, dopracowanej w najmniejszych szczegółach i po prostu niesamowicie satysfakcjonującej – „Martwe lwy” to pozycja obowiązkowa. Prawdziwa perełka i niekwestionowany NIK w mojej domowej biblioteczce!
Książka pt. „Martwe lwy” ukazała się nakładem Wydawnictwa Insignis

