Gdyby ktoś zapytał mnie, jaki zawód najbardziej pasuje do Kaczora Donalda, miałbym spory problem z odpowiedzią. Nie dlatego, że Donald nie ma żadnych zawodowych doświadczeń. Wręcz przeciwnie! Ten kaczor pracował już chyba wszędzie. Był pilotem, szeryfem, listonoszem, mleczarzem, komiwojażerem, pracownikiem fabryki, a nawet pomagał w skarbcu Sknerusa. Problem polega na tym, że w przypadku Donalda samo znalezienie pracy jest zazwyczaj najmniejszym problemem. Znacznie trudniej jest ją utrzymać!
Jeśli ktoś uważa, że praca uszlachetnia, Donald zapewne przytaknąłby z przekonaniem. O ile akurat nie jest zajęty wściekłym machaniem rękami, gonieniem kogoś przez miasto albo próbą ratowania sytuacji, którą sam przed chwilą skomplikował. Bo Donald ma jedną wyjątkową umiejętność. Potrafi zamienić zwykłą pracę w niezwykłą przygodę. I właśnie dlatego ten komiks czyta się z ogromną przyjemnością. Nie trzeba długo czekać, żeby przekonać się, że zawodowe życie Donalda nie przypomina spokojnego etatu od ósmej do szesnastej. U niego nie ma czegoś takiego jak „zwyczajny dzień w pracy”. Jest za to cała masa nieprzewidzianych sytuacji, pomysłów, nieporozumień i problemów, które pojawiają się szybciej niż wypłata. A przecież Donald naprawdę się stara Czasami nawet bardzo. Tyle że los najwyraźniej wyjątkowo upodobał sobie robienie mu na złość. I chyba właśnie dlatego tak dobrze rozumiemy tego bohatera.
Donald nie jest nieskazitelnym herosem, który zawsze wie, co zrobić. Nie jest też geniuszem, który jednym ruchem rozwiązuje wszystkie problemy. Jest zwyczajnym facetem… a właściwie kaczką, która próbuje jakoś ogarnąć życie. Chce zarobić pieniądze, chce utrzymać siebie i siostrzeńców, czasami chce coś komuś udowodnić, a czasami po prostu chce mieć święty spokój. Tylko że święty spokój w jego przypadku jest towarem deficytowym.
Kolejne historie pokazują, jak wiele twórcy potrafili wycisnąć z jednego prostego pomysłu: Donald pracuje. I choć brzmi to niewinnie, w jego przypadku jest to gotowy przepis na katastrofę. Bo wystarczy zmienić zawód i już mamy zupełnie nową historię. Donald jako szeryf? Proszę bardzo. Donald jako listonosz? Czemu nie. Donald jako pilot? Jak najbardziej. Donald jako pracownik fabryki? Oczywiście! A kiedy dodamy do tego jego temperament, otrzymujemy mieszankę wybuchową.
Najbardziej podoba mi się właśnie ta różnorodność. Tom nie zamyka Donalda w jednym schemacie. Nie oglądamy wciąż tego samego bohatera wykonującego identyczne zadania. Każda kolejna profesja daje mu nowe możliwości, a twórcom pozwala stworzyć kolejną porcję zabawnych sytuacji. I trzeba przyznać, że wychodzi im to znakomicie. W tych historiach jest sporo humoru, ale nie jest to humor wymuszony. Wiele żartów wynika po prostu z charakteru Donalda i jego relacji z otoczeniem. Czasami wystarczy jego mina, gest albo reakcja, żeby wywołać uśmiech. Innym razem sytuacja rozwija się tak absurdalnie, że trudno nie kibicować Donaldowi, nawet jeśli doskonale wiemy, że za chwilę wszystko prawdopodobnie jeszcze bardziej się skomplikuje. A przecież Donald ma wokół siebie całą ekipę postaci, które potrafią dolać oliwy do ognia.
Na szczególną uwagę zasługuje oczywiście Sknerus. Kiedy pojawia się w pobliżu, można być niemal pewnym, że spokojna praca Donalda szybko przestanie być spokojna. Relacje pomiędzy tymi bohaterami od lat dostarczają świetnego humoru i tutaj również działają bez zarzutu. Nie brakuje także siostrzeńców, którzy doskonale wiedzą, jak sobie poradzić w sytuacjach, w których Donald zaczyna tracić kontrolę. A przecież Donald nie lubi tracić kontroli. Zwłaszcza gdy wszyscy wokół widzą, że właśnie ją traci.
I tutaj dochodzimy do czegoś, co w komiksach o Donaldzie uwielbiam najbardziej – ekspresji. Rysunki są fantastyczne. Naprawdę trudno przejść obok nich obojętnie. Doceniam ogromnie walor graficzny tego tomu i pozostaję w pełnym zachwycie wobec kunsztu tworzenia rysunków. Każdy kadr potrafi opowiedzieć własną małą historię. Bohaterowie są niezwykle ekspresyjni, ruch jest dynamiczny, a emocje dosłownie wyskakują z kolejnych plansz. Donald może być wściekły, przerażony, zdziwiony, dumny albo kompletnie załamany – i za każdym razem jego wygląd idealnie współgra z sytuacją. Czasami nie trzeba nawet czytać dialogu. Wystarczy spojrzeć na jego twarz. I już wiadomo, że będzie źle. Albo bardzo źle. Albo wręcz katastrofalnie.
To właśnie jest magia dobrego komiksu. Rysunek nie jest tutaj dodatkiem do tekstu. Jest jego pełnoprawnym partnerem. Obraz i słowo świetnie się uzupełniają, dzięki czemu historie mają odpowiednie tempo i energię. Warto też pamiętać, że za kaczym światem stoją artyści, którzy przez lata nadawali mu różne oblicza. Wśród nich znajdziemy wielkich mistrzów disneyowskiego komiksu, z Carlem Barksem na czele. To dzięki nim Donald stał się kimś znacznie więcej niż tylko zabawną postacią z kreskówek. Stał się bohaterem, którego kolejne pokolenia czytelników mogą poznawać na nowo. I to chyba najbardziej lubię w takich zbiorach.
Można sięgnąć po nie bez przygotowania. Nie trzeba znać całej historii Kaczora Donalda. Nie trzeba pamiętać wszystkich wcześniejszych przygód. Wystarczy otworzyć komiks i pozwolić, żeby Donald zabrał nas w kolejną podróż. A ta podróż jest naprawdę przyjemna. Co więcej, ten tom ma w sobie coś, co zawsze cenię w dobrych komiksach – prostą radość czytania. Nie muszę analizować każdej strony. Nie muszę zastanawiać się nad drugim dnem. Nie muszę doszukiwać się wielkich znaczeń. Po prostu czytam. Uśmiecham się. Przewracam stronę. I chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej. Czy Donald poradzi sobie w nowej pracy? Czy tym razem uda mu się uniknąć kłopotów? Czy jego plan okaże się sukcesem? A może po raz kolejny wszystko zakończy się kompletną katastrofą? Odpowiedzi oczywiście najlepiej znaleźć samemu. Jedno jest natomiast pewne: „Kaczor pracujący” to komiks, który daje dokładnie to, czego oczekuję od dobrej rozrywkowej lektury.
Jest zabawnie, dynamicznie, kolorowo i z charakterem. A przy okazji dostajemy małą lekcję życia. Bo Donald pokazuje nam, że żadna praca nie hańbi. Nawet jeśli czasami człowiek ma ochotę rzucić wszystko i uciec. Nawet jeśli szef jest wymagający. Nawet jeśli klienci doprowadzają do szału. I nawet jeśli kolejne zadanie kończy się kompletną katastrofą. Najważniejsze, żeby próbować. Donald próbuje. I właśnie za to można go lubić.
Czy warto sięgnąć po ten tom? Moim zdaniem zdecydowanie tak. To propozycja dla wielbicieli Kaczora Donalda, ale także dla tych, którzy szukają lekkiego komiksu na poprawę humoru. Jest tu nostalgia dla starszych czytelników, jest zabawa dla młodszych, jest sporo świetnych rysunków i przede wszystkim bohater, który mimo upływu lat nadal potrafi rozbawić. A jeśli do tego dorzucimy znakomitą oprawę graficzną i różnorodność historii, otrzymujemy komiks, który z przyjemnością można postawić na swojej półce. Na mojej już stoi. I nie mam wątpliwości, że „Kaczor pracujący” zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Tym samym kolejna wartościowa pozycja trafia do czyt-NIKowej biblioteczki. Bo czasami naprawdę nie potrzeba wielkich słów. Wystarczy Kaczor Donald, który idzie do pracy. Chociaż… Jeśli znamy Donalda, to raczej nie będzie to zwykły dzień w pracy. Będzie przygoda. Będzie chaos. Będzie śmiech. I prawdopodobnie coś wybuchnie. A ja? Ja chętnie podpisuję się pod kolejnym kaczym etatem!
Komiks pt. „Kto podskoczy szeryfowi?” oraz inne historie, tom 3 dostępny jest tutaj

