Nie każda historia kończy się wraz z ostatnią stroną. Niektóre zostają w głowie, wracają w najmniej oczekiwanych momentach i każą jeszcze raz spojrzeć na przeczytane wydarzenia. „Niedom” Magdaleny Bajor jest właśnie taką powieścią. To książka, którą czyta się nie tylko oczami, ale przede wszystkim emocjami. I chyba właśnie dlatego po jej zakończeniu trudno po prostu odłożyć ją na półkę i przejść do kolejnej lektury. Bo „Niedom” nie jest wyłącznie opowieścią o powojennym Dolnym Śląsku. To historia ludzi, którzy próbują zacząć od nowa, choć przeszłość wcale nie zamierza pozwolić im o sobie zapomnieć.
Helena i Henryk tuż po wojnie opuszczają Małopolskę i ruszają na ziemie odzyskane. Zabierają ze sobą niewiele. Trochę dobytku, nadzieję, marzenia i przekonanie, że gdzieś tam, w nowym miejscu, uda się stworzyć normalne życie. Osiadają w Strupicach koło Jeleniej Góry. Mają siebie, mają córkę i oczekują narodzin kolejnego dziecka. Brzmi jak początek nowego rozdziału. Tyle że Dolny Śląsk tuż po wojnie nie jest miejscem, w którym łatwo zacząć wszystko od początku. To ziemia ludzi, którzy sami nie wiedzą jeszcze, czy są u siebie. Spotykają się tutaj różne języki, tradycje, doświadczenia i historie. Obok nadziei jest strach. Obok chęci normalnego życia – nieufność. Obok ludzi, którzy chcą budować – pojawiają się tacy, którzy w powojennym chaosie próbują wykorzystać cudzą słabość.
Magdalena Bajor bardzo dobrze pokazuje tę rzeczywistość. Nie tworzy jednak powieści będącej jedynie lekcją historii. Historia jest tutaj ważna, ale jeszcze ważniejszy jest człowiek. Jego lęk, bezradność, pragnienia, poczucie winy i potrzeba bezpieczeństwa. I właśnie dlatego „Niedom” tak mocno działa na emocje. Tytuł powieści jest niezwykle wymowny. Dom to przecież nie tylko ściany, dach, kuchnia, podwórko i adres zapisany w dokumentach. Dom to poczucie, że gdzieś naprawdę należymy. To miejsce, w którym możemy odłożyć ciężar, który niesiemy przez życie. To ludzie, przy których nie musimy udawać, że jesteśmy kimś innym. A co wtedy, gdy człowiek traci swój dom? I co, jeśli próbuje zbudować nowy, ale wszystko, co wydarzyło się wcześniej, nie pozwala mu poczuć się naprawdę bezpiecznie? To właśnie jeden z najmocniejszych tematów tej powieści.
Helena i Henryk chcą po prostu żyć. Nie potrzebują wielkich rzeczy. Nie marzą o bogactwie, sławie czy wyjątkowym miejscu w historii. Chcą mieć własny kąt, rodzinę i odrobinę spokoju. Ich marzenia są zwyczajne. A przez to niezwykle bliskie. I chyba właśnie ta zwyczajność jest jednym z największych atutów „Niedomu”.
Magdalena Bajor nie potrzebuje wielkich deklaracji, żeby pokazać, jak wiele człowiek może poświęcić, aby zapewnić najbliższym bezpieczeństwo. Nie musi również krzyczeć, żeby opowiedzieć o bólu. Wystarczy jej codzienność bohaterów i świat, w którym nawet najbardziej podstawowe pragnienia okazują się trudne do spełnienia.
Najbardziej poruszyła mnie obecna w powieści więź matki i dziecka. To relacja pełna emocji, troski, lęku, ale również konsekwencji decyzji, które czasami podejmowane są w sytuacjach, gdy nie ma dobrego rozwiązania. Bo wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają strzelać. To jedna z tych prawd, które „Niedom” pokazuje bardzo wyraźnie. Wojna może skończyć się na mapie, w dokumentach, w podręcznikach. Człowiek natomiast może nosić ją w sobie jeszcze przez wiele lat. W pamięci. W zachowaniu. W relacjach z najbliższymi. W sposobie wychowywania dzieci. W lękach, których nie potrafi nazwać. A czasami ten ciężar przechodzi dalej. Na kolejne pokolenie. I właśnie ten międzypokoleniowy wymiar powieści sprawia, że „Niedom” nie jest tylko opowieścią o przeszłości. To książka o tym, jak historia potrafi wejść do rodzinnego domu i zostać w nim na długie lata.
Magdalena Bajor pokazuje, że człowiek może próbować zapomnieć, może próbować żyć normalnie, może budować, kochać i wychowywać dzieci, ale pewnych ran nie da się po prostu przykryć nową warstwą codzienności. One czasami wracają. W kolejnych pokoleniach. W milczeniu. W niewypowiedzianych słowach. W relacjach, które mogłyby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie to, co wydarzyło się wcześniej.
Podczas lektury szczególnie mocno wybrzmiewa dla mnie pytanie: ile człowiek jest w stanie znieść, zanim pęknie? I czy można zbudować szczęście na fundamencie, który został naznaczony tragedią? „Niedom” nie daje łatwych odpowiedzi. I bardzo dobrze. Życie również ich nie daje. Autorka nie próbuje oceniać swoich bohaterów z wygodnej perspektywy współczesnego czytelnika. Zamiast tego pozwala nam wejść w ich świat i zobaczyć, jak trudno podejmować właściwe decyzje, kiedy wokół panuje chaos, strach i niepewność. To nie jest czarno-biała historia. Są tutaj ludzie dobrzy, są słabi, są skrzywdzeni, ale są też tacy, którzy krzywdzą innych. Są decyzje podejmowane z miłości i takie, których konsekwencji nie da się przewidzieć. Jest nadzieja, ale jest również rozpacz. I chyba właśnie dzięki temu bohaterowie wydają się prawdziwi. Nie są pomnikami. Są ludźmi. Ludźmi, którzy chcą przetrwać. Ważnym bohaterem tej historii jest również miejsce. Dolny Śląsk staje się czymś więcej niż tylko scenografią. Strupice i okolice Jeleniej Góry mają swoją atmosferę, swoją powojenną niepewność i pamięć. To przestrzeń, w której stare spotyka się z nowym, a ludzie próbują zapuścić korzenie na ziemi, która dla jednych jest opuszczonym domem, a dla innych dopiero początkiem. I właśnie tutaj bardzo mocno wybrzmiewa znaczenie słowa „dom”.
Czy można nazwać domem miejsce, w którym wszystko trzeba zaczynać od zera? Czy dom tworzą mury, czy ludzie? Czy można czuć się u siebie, jeśli własna przeszłość wciąż stoi za plecami? Te pytania pozostają z czytelnikiem długo po zakończeniu lektury.
„Niedom” jest również powieścią o nadziei. Nie takiej wielkiej, patetycznej, z fanfarami w tle. Raczej cichej i upartej. Takiej, która każe rano wstać, ugotować obiad, zadbać o dziecko, naprawić coś w domu i spróbować jeszcze raz. Bo czasami nadzieja nie wygląda spektakularnie. Czasami ma twarz człowieka, który mimo wszystkiego mówi sobie: jeszcze jeden dzień. I to właśnie ta zwyczajna, codzienna walka o normalność wydała mi się w tej historii szczególnie przejmująca.
Magdalena Bajor napisała powieść, która przypomina, że wielka historia zawsze składa się z małych, ludzkich historii. Z ludzi, którzy kochali, bali się, tracili, zaczynali od nowa i próbowali znaleźć swoje miejsce na świecie. „Niedom” nie jest lekturą łatwą emocjonalnie. Ale jest potrzebną. Zmusza do refleksji, choć nie robi tego poprzez wykłady czy moralizowanie. Po prostu opowiada historię. Historię ludzi, których los wystawił na próbę. I robi to w taki sposób, że zaczynamy rozumieć, iż wojna nie kończy się wtedy, gdy zapada cisza. Czasami jej prawdziwe konsekwencje dopiero wtedy zaczynają być widoczne.
„Niedom” to dla mnie opowieść o utracie, próbie odbudowania życia, sile rodzinnych więzi i ranach, które potrafią przetrwać całe pokolenia. Ale przede wszystkim to opowieść o pragnieniu posiadania miejsca, które można nazwać swoim. Magdalena Bajor stworzyła historię, która nie potrzebuje wielkich słów, aby mocno uderzyć w czytelnika. Wystarczy jej człowiek i jego życie postawione wobec historii. A ja bardzo cenię takie książki. Takie, które po przeczytaniu nie kończą się wraz z ostatnim zdaniem. Takie, o których jeszcze długo się myśli. Takie, które przypominają, że za datami, wydarzeniami i wielkimi historycznymi zmianami zawsze stoją zwyczajni ludzie. Helena i Henryk chcieli tylko jednego – żyć. I właśnie dlatego ich historia zostaje ze mną na długo.
„Niedom” Magdaleny Bajor z pełnym przekonaniem umieszczam na mojej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to książka, która nie tylko opowiada historię. Ona zostawia po sobie ślad.
Książka pt. "Niedom" ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy

