Czytając „Diunę. Ród Harkonnenów”, miałem poczucie powrotu do miejsca, które znałem, ale które potrafiło znów mnie zaskoczyć. To nie jest książka idealna. To książka skuteczna. Wciąga, buduje napięcie, rozwija znane postacie i sprawia, że chce się sięgnąć po kolejny tom. A to w literaturze science fiction jest walutą cenniejszą niż niejedna przyprawa. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Są powroty do literackich światów, które przypominają wizytę u starych znajomych. Są też takie, które bardziej wyglądają jak wejście do jaskini pełnej skorpionów – wiesz, że będzie niebezpiecznie, ale i tak nie możesz się powstrzymać. „Diuna. Ród Harkonnenów” Briana Herberta i Kevina J. Andersona należy właśnie do tej drugiej kategorii. To książka, która wciąga go w polityczne bagno, pokazuje mechanizmy władzy i przypomina, że w uniwersum Diuny dobro rzadko wygrywa bez ceny.
Drugi tom cyklu „Preludium do Diuny” rozwija historię rozpoczętą w „Rodzie Atrydów” i robi to w sposób, który potrafi naprawdę wciągnąć. Jeśli pierwszy tom był rozstawianiem pionków na planszy, to tutaj zaczyna się prawdziwa gra. I to taka, w której nikt nie przestrzega zasad. Kilka lat po objęciu tronu Szaddam IV Corrino nadal buduje swoją pozycję. Imperator chce więcej, szybciej i skuteczniej. W tle oczywiście Arrakis – planeta piachu, potu i melanżu, bez którego nie istnieje galaktyczna gospodarka. Harkonnenowie zarządzają nią twardą ręką, ale każdy, kto zna ten ród, wie, że słowo „zarządzają” można spokojnie zastąpić słowem „eksploatują”.
Największą siłą tej książki jest właśnie pokazanie, że władza nie działa tu jak majestatyczna korona, ale jak brudny interes. Szaddam kombinuje, Bene Gesserit knują, Gildia patrzy na własne zyski, KHOAM liczy pieniądze, a Tleilaxanie eksperymentują tam, gdzie rozsądek dawno spakował walizki. Każda frakcja ma własny plan. Każdy bohater coś ukrywa. Każdy uśmiech może oznaczać wyrok. I właśnie dlatego czyta się to tak dobrze.
Brian Herbert i Kevin J. Anderson nie próbują kopiować stylu Franka Herberta jeden do jednego. To ważne, bo wielu czytelników popełnia ten błąd, oczekując, że syn odtworzy głos ojca jak literacki hologram. Nie. Autorzy idą własną drogą. Ich narracja jest bardziej bezpośrednia, dynamiczna, przystępniejsza. Mniej filozoficznych rozważań, więcej fabularnego pulsu. Dla jednych będzie to wada, dla innych zaleta. Dla mnie? Po prostu inny sposób opowiadania historii w tym samym uniwersum.
A skoro o historii mowa – Vladimir Harkonnen kradnie tę książkę za każdym razem, gdy pojawia się na scenie. To postać obrzydliwa, bezwzględna, napędzana żądzą zemsty i chorobliwą ambicją. Ale jednocześnie fascynująca. Autorzy świetnie pokazują, że potwory nie rodzą się znikąd – często powstają tam, gdzie władza spotyka brak granic. Vladimir nie jest tylko czarnym charakterem. To symbol degeneracji systemu, w którym siła liczy się bardziej niż honor.
Z drugiej strony mamy Leto Atrydę na Kaladanie – człowieka reprezentującego inne wartości. Rozsądek, odpowiedzialność, próbę uczciwego działania w świecie, który uczciwość traktuje jak słabość. I właśnie ten kontrast między Atrydami a Harkonnenami napędza całą opowieść. To starcie dwóch filozofii rządzenia, dwóch sposobów patrzenia na ludzi, dwóch wizji przyszłości. Bardzo dobrze wypada także wątek Bene Gesserit. Siostry zakonu nie stoją tu z boku. One przesuwają figury, zanim gracze zorientują się, że są pionkami. Ich tajny plan eugeniczny, polityczne wpływy i chłodna kalkulacja sprawiają, że trudno oderwać wzrok od tego, co robią. To jedna z tych organizacji literackich, które budzą jednocześnie podziw i niepokój.
Warto też docenić rozmach świata przedstawionego. Mamy Arrakis, Kaladan, Ix, imperialne salony i mroczne zaplecza wielkiej polityki. Uniwersum oddycha. Czuć skalę galaktyki, ale nie ginie człowiek. To ważne, bo nawet wśród kosmicznych machinacji nadal liczą się emocje: strach, duma, zazdrość, lojalność, gniew.
To książka dla fanów intryg, konfliktów rodowych, politycznych rozgrywek i historii, w których napięcie nie bierze się z wybuchów, lecz z rozmów prowadzonych przy zamkniętych drzwiach. To także świetna propozycja dla tych, którzy po ekranizacjach Denisa Villeneuve’a chcą wejść głębiej w uniwersum Diuny i zobaczyć, co działo się wcześniej. Najbardziej cenię w tej powieści to, że mimo ogromu świata wszystko sprowadza się do prostego pytania: co człowiek zrobi, gdy dostanie władzę? Jedni będą chronić. Inni wykorzystają. Jeszcze inni zniszczą wszystko, byle tylko nikt im tej władzy nie odebrał. I właśnie dlatego ta historia nadal działa. Bo choć akcja dzieje się tysiące lat w przyszłości, mechanizmy są boleśnie znajome.
Czytając „Diunę. Ród Harkonnenów”, miałem poczucie powrotu do miejsca, które znałem, ale które potrafiło znów mnie zaskoczyć. To nie jest książka idealna. To książka skuteczna. Wciąga, buduje napięcie, rozwija znane postacie i sprawia, że chce się sięgnąć po kolejny tom. A to w literaturze science fiction jest walutą cenniejszą niż niejedna przyprawa. Dlatego bez wahania umieszczam tę książkę na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo jeśli dobra książka ma zostawić czytelnika z wypiekami na twarzy, pytaniami w głowie i ochotą na więcej – „Diuna. Ród Harkonnenów” robi to bez problemu.
Książka pt. „Diuna. Ród Harkonnenów” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

