Czy Brian Herbert i Kevin J. Anderson dali radę? To pytanie wraca zawsze przy książkach rozwijających dzieło legendarnego autora. I odpowiedź brzmi: tak, dali radę. Czy piszą dokładnie jak Frank Herbert? Nie. I nawet nie powinni. Zamiast kopiować styl ojca, Brian Herbert wraz z Kevinem J. Andersonem poszli własną drogą. Ich narracja jest bardziej dynamiczna, bardziej przystępna, momentami mniej filozoficzna, ale za to mocno nastawiona na fabułę i relacje między bohaterami.
Wejście do świata „Diuny” zawsze oznacza spotkanie z czymś większym niż zwykła fabuła. To podróż przez politykę, władzę, zdradę i losy rodów, które decydują o przyszłości całych planet. „Diuna. Ród Atrydów” Briana Herberta i Kevina J. Andersona doskonale wykorzystuje ten potencjał, zabierając czytelnika do wydarzeń poprzedzających legendarną sagę. Autorzy nie serwują tu zbędnego dodatku dopisanego do znanej marki, lecz pełnokrwistą historię, która poszerza uniwersum i pozwala spojrzeć na znane nazwiska z zupełnie nowej perspektywy. Za wydarzeniami, które znamy z oryginalnego cyklu, kryły się bowiem dramaty, konflikty i decyzje równie pasjonujące jak te opisane przez Franka Herberta.
Jeśli ktoś kocha uniwersum stworzone przez Franka Herberta, tutaj poczuje się jak w domu. Jeśli ktoś dopiero zaczyna przygodę z Arrakis, również może wejść do środka bez strachu. Autorzy zadbali o to, by książka była jednocześnie hołdem dla klasyki i przystępnym początkiem nowej podróży.
Największą siłą tej powieści jest fakt, że pokazuje momenty, które później będą miały ogromne znaczenie dla całej sagi. Widzimy młodego Leto Atrydę, zanim stanie się księciem, którego znamy z „Diuny”. Poznajemy rodzące się konflikty polityczne, knowania rodów, spiski w cieniu tronów oraz procesy, które doprowadzą galaktykę do wielkich przemian. To trochę tak, jakby zajrzeć za kulisy legendarnego spektaklu i zobaczyć, jak powstawał. A przy okazji odkryć, że kulisy bywają równie ciekawe jak scena główna.
Młody Leto to bohater, którego naprawdę da się polubić. Nie jest jeszcze legendą. Nie jest pomnikiem. To człowiek uczący się odpowiedzialności, podejmowania trudnych decyzji i życia w świecie, gdzie błąd kosztuje więcej niż reputację. Właśnie dlatego jego historia działa tak dobrze. Czytelnik widzi proces dojrzewania, a nie gotowy efekt.
Jeśli ktoś szuka w książkach prostego podziału na dobrych i złych, tutaj tego nie znajdzie. I bardzo dobrze. „Diuna. Ród Atrydów” opiera się na szarościach, układach, interesach i decyzjach podejmowanych pod presją. Imperator Elrood IX, Corrino, Fenring, Bene Gesserit, Bene Tleilax, ród Verniusów – każdy coś planuje, każdy coś ukrywa, każdy czegoś chce. To galaktyczne szachy, w których pionki często myślą, że są graczami. I właśnie to jest świetne. Bo ta książka nie traktuje czytelnika jak kogoś, komu trzeba wszystko uprościć. Tu trzeba śledzić wydarzenia, łączyć fakty, czytać między wierszami. Ale jednocześnie autorzy nie przesadzają z hermetycznością. Wszystko jest podane tak, by wciągało, a nie męczyło.
Ogromnym atutem tej powieści jest rozmach świata przedstawionego. To nie jest jedna planeta i kilka postaci zamkniętych w pałacu. Tu czuć ogrom imperium. Od technologicznego Ixa po surowe Arrakis – każda lokacja ma klimat, charakter i znaczenie.
Szczególnie ciekawie wypada wątek Pardota Kynesa. Czytelnicy znający „Diunę” wiedzą, jak ważna stanie się jego spuścizna. Tutaj możemy zobaczyć początki jego myślenia, marzeń i pracy. To jeden z tych elementów, które pięknie spinają prequel z główną sagą.
Arrakis nie jest tu tylko tłem. To miejsce, które oddycha, kształtuje ludzi i wpływa na historię. Pustynia znowu pokazuje, że jest jednym z najważniejszych bohaterów całego cyklu.
Czy Brian Herbert i Kevin J. Anderson dali radę? To pytanie wraca zawsze przy książkach rozwijających dzieło legendarnego autora. I odpowiedź brzmi: tak, dali radę. Czy piszą dokładnie jak Frank Herbert? Nie. I nawet nie powinni. Zamiast kopiować styl ojca, Brian Herbert wraz z Kevinem J. Andersonem poszli własną drogą. Ich narracja jest bardziej dynamiczna, bardziej przystępna, momentami mniej filozoficzna, ale za to mocno nastawiona na fabułę i relacje między bohaterami. Dzięki temu książkę czyta się płynnie. To ważne, bo niektórzy odbijali się od ciężaru oryginalnej „Diuny”. Tutaj próg wejścia jest niższy, ale klimat pozostaje.
„Ród Atrydów” ma ponadprzeciętną umiejętność podkręcania ciekawości. Gdy kończy się jeden rozdział, od razu chce się wejść w następny. Co wydarzy się na Ixie? Jaką decyzję podejmie Leto? Kto zdradzi? Kto tylko udaje lojalność? To książka, która przypomina, dlaczego lubimy sagi. Bo pozwalają zanurzyć się w świecie na dłużej i naprawdę nim żyć przez kilka wieczorów.
Nie ma tu przesadnych dłużyzn, nie ma sztucznego przeciągania. Wątki są liczne, ale prowadzone sprawnie. Autorzy wiedzą, kiedy zwolnić, a kiedy rzucić czytelnika w sam środek wydarzeń.
To, co kupiło mnie najmocniej, to możliwość zobaczenia znanych bohaterów zanim stały się historią. Atrydzi, Corrino, Bene Gesserit – tu jeszcze nic nie jest przesądzone. Widzimy ludzi zanim zostali symbolami. To zawsze fascynujące, bo przypomina, że legenda rodzi się z błędów, lęków, ambicji i przypadków. Nikt nie zaczyna jako mit.
Czyt-NIK mówi jasno - ta książka ma wszystko, czego oczekuję od dobrej fantastyki: klimat, skalę, emocje, stawkę i bohaterów, którym chce się kibicować lub których chce się nienawidzić. Do tego daje coś więcej – możliwość powrotu do jednego z najciekawszych światów w historii gatunku. Nie jest to kopia oryginału. I chwała jej za to. Jest rozwinięciem, poszerzeniem i zaproszeniem do jeszcze głębszego zanurzenia się w uniwersum. Dlatego bez wahania ogłaszam: „Diuna. Ród Atrydów” trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to powieść, która nie żeruje na legendzie, lecz dokłada do niej własną cegłę.
Jeśli kochasz „Diunę” – przeczytaj. Jeśli lubisz wielkie historie – wchodź bez pytania. A potem przygotuj miejsce na półce. Bo po pierwszym tomie trudno będzie się zatrzymać.
Książka pt. „Diuna. Ród Atrydów” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

