Największą siłą „Diuny. Rodu Corrinów” jest skala. Tu wszystko jest „duże”: decyzje, konsekwencje, ambicje. Nawet prywatne wybory postaci mają galaktyczny rezonans. A jednocześnie pod tym wszystkim cały czas pulsuje jedna myśl: przyszłość nie jest planem. Przyszłość jest walką o przetrwanie własnych planów. I właśnie dlatego ta książka trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
Otwieranie „Rodu Corrinów” Briana Herberta i Kevina J. Andersona przypomina spotkanie ze starym znajomym, który od razu wrzuca cię w środek rozmowy, jakbyście dopiero co ją przerwali, a nie widzieli się miesiącami. Niby orientujesz się w sytuacji, niby znasz reguły tego świata, ale i tak co chwilę unosisz brew, bo kolejne informacje układają się w coraz bardziej skomplikowaną układankę. Trzecia część „Preludium do Diuny” nie próbuje już udawać, że stoi w cieniu oryginału Franka Herberta. Ona po prostu wchodzi do pokoju, rozkłada ręce i mówi: „Dobra, gramy dalej w tę polityczną grę o wszechświat”. I trzeba przyznać – gra się tu naprawdę gęsto.
Na Ixie naukowiec Hidar Fen Adżidika dłubie przy czymś, co brzmi jak science fiction w czystej postaci, ale ma bardzo konkretny efekt uboczny: może zmienić układ sił w całym Imperium. Sztuczna przyprawa. W świecie Diuny to brzmi jak bluźnierstwo, ale też jak coś, co natychmiast znajdzie nabywców. Bo tu wszystko kręci się wokół melanżu – i władzy, którą daje. A kiedy ktoś próbuje zrobić jego podróbkę, wiadomo, że skończy się to źle. Pytanie tylko: dla kogo najpierw.
Szaddam IV, imperator, który powinien mieć wszystko pod kontrolą, klasycznie nie ma pojęcia, co naprawdę dzieje się za kulisami. I to jest jeden z tych motywów, które ta seria lubi najbardziej: wielcy tego świata zawsze są o krok za wydarzeniami. Wydaje im się, że rządzą, a tak naprawdę tylko reagują. Czasem z opóźnieniem. Czasem fatalnie.
W tym samym czasie kolejne planety zaczynają płonąć politycznie i militarnie. Nie ma tu jednej osi konfliktu – jest ich kilka, wszystkie splecione, wszystkie udające, że są najważniejsze. A gdzieś w tle Arrakis, pustynna planeta, jedyne źródło melanżu, zaczyna być coraz bardziej zagrożona. I to jest moment, w którym czytelnik przypomina sobie, że w tej historii nie ma bezpiecznych miejsc. Są tylko chwilowo mniej niebezpieczne.
Ale „Diuna. Ród Corrinów” nie zatrzymuje się na polityce i surowcach. Równolegle rozgrywa się coś jeszcze bardziej niepokojącego – plan Bene Gesserit. Zgromadzenie żeńskie, które zawsze wygląda jakby wiedziało więcej niż reszta galaktyki razem wzięta, zbliża się do kulminacji swojego wielkiego projektu eugenicznego. Jessika ma urodzić matkę Kwisatz Haderach – istotę, która ma być czymś w rodzaju ostatecznej broni, odpowiedzią na wszystkie możliwe równania władzy. Brzmi jak plan doskonały. I właśnie dlatego wiadomo, że coś pójdzie nie tak.
Ta książka ma jedną charakterystyczną cechę: wszyscy tu coś planują. Każda frakcja, każda postać, każdy układ polityczny. A im bardziej precyzyjny plan, tym większa szansa, że zostanie rozwalony przez coś zupełnie nieprzewidzianego. I to jest chyba największa frajda z czytania – obserwowanie, jak kolejne „genialne strategie” zaczynają się sypać jak domek z kart w piaskowej burzy.
Styl Herberta i Andersona jest dość specyficzny. Ale Diuna w tej wersji nadal jest Diuną. Nadal czuć piasek, politykę, religię, fanatyzm i tę charakterystyczną mieszankę mistycyzmu z brutalnym realizmem. Nadal wszystko kręci się wokół kontroli – nad ludźmi, zasobami, przyszłością. I nadal każdy, kto myśli, że ma kontrolę, prędzej czy później zostaje sprowadzony na ziemię. Albo na pustynię.
Bene Gesserit wypadają tu szczególnie ciekawie. To nie są już tylko „tajemnicze siostry z planem”. To instytucja, która naprawdę wierzy, że może pokierować ewolucją człowieka jak partią szachów. I jak to w szachach bywa – problem zaczyna się wtedy, gdy przeciwnik nie gra według zasad, które znasz.
Wątek Ix i sztucznej przyprawy dodaje książce technologicznego ciężaru. To moment, w którym „Diuna” trochę zbliża się do klasycznego sci-fi o eksperymentach, które wymykają się spod kontroli. Tyle że tu zawsze jest jeszcze warstwa polityczna – bo nawet najbardziej przełomowe odkrycie natychmiast staje się narzędziem w grze o władzę. Nie ma czystej nauki. Jest tylko nauka w służbie imperium.
Jeśli ktoś szuka w tej książce głębokiej kontemplacji stylu Franka Herberta, może być momentami rozczarowany. Ale jeśli ktoś chce zobaczyć, jak ten świat się rozszerza, jak kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsca przed wydarzeniami znanymi z „Diuny” – to dostaje dokładnie to, czego trzeba.
Największą siłą „Diuny. Rodu Corrinów” jest skala. Tu wszystko jest „duże”: decyzje, konsekwencje, ambicje. Nawet prywatne wybory postaci mają galaktyczny rezonans. A jednocześnie pod tym wszystkim cały czas pulsuje jedna myśl: przyszłość nie jest planem. Przyszłość jest walką o przetrwanie własnych planów. I właśnie dlatego ta książka trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo to nie jest lektura, która zmienia życie. Ale jest to lektura, która bardzo skutecznie przypomina, jak wygląda świat, w którym każdy ruch ma ukryty koszt, a każda „innowacja” może być początkiem katastrofy.
„Diuna. Ród Corrinów” zostawia czytelnika z uczuciem, że wszystko jest jeszcze w zawieszeniu. Że najważniejsze wydarzenia dopiero nadejdą, ale już teraz widać ich cień. I że w tym świecie nawet cisza jest tylko chwilą przed kolejną eksplozją politycznej burzy. A Diuna, jak to Diuna, nie pozwala o sobie zapomnieć. Nawet wtedy, kiedy się odkłada książkę na półkę.
Książka pt. „Diuna. Ród Corrinów” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

