Są takie momenty w życiu każdego z nas, kiedy bierzemy do ręki książkę i już po przeczytaniu pierwszych akapitów wiemy, że przepadliśmy na dobre. Że czeka nas nocka z głowy, a poranna kawa będzie jedynie marną próbą ratowania resztek przytomności. Dokładnie to uczucie towarzyszyło mi, gdy otworzyłem najnowszą powieść Krystiana Kłomnickiego pod tytułem „Frankenstein”.
To moje kolejne spotkanie z twórczością tego pisarza, więc doskonale wiedziałem, że autor nie bawi się w półśrodki i potrafi uderzyć tam, gdzie boli najbardziej. Ale to, co zaserwował tym razem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zapomnijcie o nudnych, sztampowych kryminałach, gdzie zmęczony życiem detektyw błąka się po deszczowych ulicach, rozmyślając o nieudanym małżeństwie. Kłomnicki wrzuca nas na pełnej petardzie w sam środek mrocznego, dusznego i przerażającego koszmaru, który rozgrywa się w Mieście Świętej Wieży.
Częstochowa – bo to o niej mowa – w powszechnej świadomości kojarzy się z pielgrzymkami, duchową odnową i spokojem Jasnej Góry. Autor postanowił jednak zdemolować ten obrazek, obnażając najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy i pokazując miasto z perspektywy, która przyprawia o gęsią skórkę. To właśnie tutaj grasuje seryjny morderca, który swoim bestialstwem przeraża nawet najbardziej doświadczonych śledczych. Sposób, w jaki traktuje zwłoki swoich ofiar, przyniósł mu przydomek „Frankenstein”, choć kryminalni z wydziału zabójstw, w ramach specyficznego, czarnego humoru, nazywają go zdrobniale „Frankiem”. Jednak w tej historii nie ma absolutnie niczego ciepłego ani uroczego. „Franek” to potwór w ludzkiej skórze, istota ultra brutalna, która nie zna litości dla nikogo – nawet dla bezbronnych dzieci. Kiedy morderca przekracza wszelkie granice, a jego upiorna działalność wchodzi na poziom niewyobrażalnego okrucieństwa, śledczy stają przed ścianą. Zaczynają zadawać sobie pytanie, które paraliżuje ich strachem: czy oni w ogóle tropią człowieka?
To, co przede wszystkim rzuca się w oczy podczas lektury, to niesamowita, wręcz porażająca kreatywność autora w konstruowaniu historii. Krystian Kłomnicki nie idzie na łatwiznę i nie kopiuje schematów znanych z zagranicznych thrillerów medycznych czy skandynawskich kryminałów. On tworzy własną, unikalną jakość, która elektryzuje czytelnicze emocje od pierwszej do ostatniej strony. Konstrukcja fabuły przypomina precyzyjnie zaprojektowany mechanizm zegarowy, w którym każdy element, każdy dialog i każdy zwrot akcji ma swoje ściśle określone miejsce. Nie ma tu miejsca na przypadki, nie ma zbędnych opisów, które miałyby jedynie sztucznie pompować objętość książki. Wszystko jest mięsem, czystą esencją literackiego suspensu.
Doceniam kreatywność autora i z pełnym przekonaniem, bez sekundy zawahania, umieszczam tę książkę na mojej osobistej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To miejsce zarezerwowane wyłącznie dla tytułów wyjątkowych, które zostawiają w głowie trwały ślad i do których chce się wracać w dyskusjach z innymi molami książkowymi. „Frankenstein” bezapelacyjnie na to zasługuje. Kłomnicki udowodnił, że potrafi żonglować emocjami czytelnika jak wytrawny iluzjonista. W jednej chwili czujemy gniew, za moment bezsilność, by po chwili dać się porwać fali czystego, pierwotnego strachu. Ta książka to emocjonalny rollercoaster, z którego nie chce się wysiadać, mimo że żołądek podchodzi do gardła.
Styl, narracja oraz sposób budowania historii zasługują na najwyższe uznanie. Autor pisze niezwykle plastycznym, dynamicznym językiem. Krótkie, dosadne zdania przeplatają się z głębszymi, niemal filmowymi opisami miejsc zbrodni oraz psychologicznymi portretami bohaterów. Kłomnicki nie bawi się w zbędne ugrzecznienia. Jeśli sytuacja wymaga brutalności, dostajemy ją wprost, bez cenzury, ale – co bardzo ważne – autor nie przekracza granicy taniego epatowania przemocą dla samego szoku. Wszystko służy budowaniu gęstego, klaustrofobicznego klimatu.
Narracja prowadzona jest w taki sposób, że jako czytelnicy niemal fizycznie czujemy oddech potwora na własnym karku. Przeskakując między perspektywami śledczych a działaniami samego mordercy, otrzymujemy pełen, przerażający obraz tragedii, która dotyka Miasto Świętej Wieży.
W czasach, gdy rynek zalewany jest przewidywalnymi i pisanymi na jedno kopyto thrillerami, „Frankenstein” jawi się jako prawdziwa literacka perła dla fanów mocnych wrażeń. To książka, która nasyci apetyty wszystkich czytelników złaknionych wyjątkowych czytelniczych wrażeń. Jeśli szukacie lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej do poduszki – omijajcie ten tytuł szerokim łukiem. Ale jeśli pragniecie opowieści, która was bez reszty pochłonie, zmusi do myślenia o granicach ludzkiego bestialstwa i sprawi, że zaczniecie sprawdzać, czy na pewno zamknęliście drzwi na klucz – Krystian Kłomnicki napisał książkę idealną dla was.
Niezwykle fascynujący jest wątek ewolucji śledztwa i momentu, w którym policjanci zaczynają wątpić w ludzką naturę sprawcy. Ten motyw wprowadza do powieści kapitalny, niemal metafizyczny niepokój. Czy zło może być tak czyste i absolutne, że przestaje mieścić się w ramach psychologii i kryminalistyki? Kłomnicki genialnie portretuje policjantów – ludzi z krwi i kości, którzy pod wpływem koszmaru, z jakim przychodzi im się mierzyć, zaczynają pękać od środka. Ich bezsilność wobec potworności „Franka” jest wręcz namacalna i to właśnie ona buduje najgłębszy fundament dramatyzmu tej powieści.
Podsumowując, moje kolejne spotkanie z Krystianem Kłomnickim uważam za ekstremalnie udane, choć po skończonej lekturze potrzebowałem dłuższej chwili, aby dojść do siebie. „Frankenstein” to majstersztyk współczesnego mocnego kryminału i thrillera psychologicznego. Autor nie tylko potwierdził swoją wysoką formę, ale postawił poprzeczkę tak wysoko, że inni twórcy gatunku mogą mieć poważny problem, by do niej doskoczyć. To genialna, choć przerażająca podróż do jądra ciemności, która udowadnia, że najlepsze historie rodzą się z odwagi autora do przekraczania literackich tabu. Zasłużone miejsce na półce NIK mówi samo za siebie. Nie zwlekajcie, nie zastanawiajcie się – dajcie się porwać tej historii i sprawdźcie, czy będziecie mieli na tyle odwagi, by spojrzeć w oczy częstochowskiemu Frankensteinowi. Gwarantuję, że te czytelnicze wrażenia zapamiętacie na bardzo, bardzo długo!
Książka pt. „Frankenstein” dostępna jest tutaj

