Czyt-NIK: "Rodzinna wendeta” pokazuje, że największym zagrożeniem często nie jest sam morderca, lecz tajemnice skrywane przez najbliższych. Czy od początku znał Pan wszystkie elementy tej rodzinnej układanki, czy fabuła zaskakiwała również Pana podczas pisania?
Tomasz Biedrzycki: Mam ogólną koncepcję i zazwyczaj wiem, gdzie leżą zwłoki, ale drogi do celu nigdy nie wytyczam od A do Z. Wolę zostawić sobie margines na błędy i niespodzianki. Często to bohaterowie ciągną mnie w ciemne uliczki, których wcześniej nie miałem na mapie – i to właśnie te nieplanowane skręty i nagłe olśnienia dają największą frajdę podczas pisania.
Czyt-NIK: Torwicka to bohaterka, która musi walczyć nie tylko o rozwiązanie śledztwa, ale także o szacunek w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Jak trudno było znaleźć równowagę między pokazaniem jej siły a zachowaniem autentyczności, by nie stała się kolejną "nieomylną" bohaterką kryminałów?
Tomasz Biedrzycki: Prawdziwa siła nie polega na nieomylności, tylko na podnoszeniu się po błędach. Unikałem taniego efekciarstwa i robienia z Torwickiej komiksowej superbohaterki. Zamiast tego rozejrzałem się dookoła — w realnym świecie jest mnóstwo kobiet o niesamowitej charyzmie, determinacji i autentyczności - idealny wzór dla Torwickiej.
Czyt-NIK: Czy podczas konstruowania intrygi "Rodzinnej wendety" bardziej zależy Panu na tym, aby czytelnik do samego końca nie odgadł sprawcy, czy raczej na tym, by po zamknięciu książki pomyślał: „Wszystkie wskazówki były przede mną, tylko nie potrafiłem ich właściwie odczytać”?
Tomasz Biedrzycki: Tworzenie fabuły przypomina układanie ścieżki z okruszków. Nie chodzi o to, by zaskoczyć czytelnika decyzją wyciągniętą z kapelusza, lecz o to, by zaproponować mu porywającą grę logiczną. Prowadzę go przez kolejne wiraże tak, aby właściwy obraz wyłonił się dopiero po ostatnim z nich. A gdy opadnie kurz, ma czuć frajdę z tego, jak sprytnie te wskazówki zostały ukryte na widoku.

