Czyt-NIK: Skąd zrodził się pomysł na osadzenie akcji książki „Milczące” we Włodawie lat 20. XX wieku i co zainspirowało Panią do połączenia klasycznego śledztwa z tak bogatym elementem słowiańskiego folkloru?
Patrycja Pelica: Jestem pod ogromnym wrażeniem przedwojennej Włodawy. To był niesamowity tygiel kultur, wyznań i narodowości, a co najważniejsze, wszystkie te nacje musiały nauczyć się żyć obok siebie. Do tego dochodziły zabobony, zwyczaje i to zachłyśnięcie się wolnością w kresowym miasteczku, które dopiero od dekady wróciło na mapy po latach rosyjskiego zaboru, którego echa zresztą wciąż pobrzmiewały gdzieś w tle. A śledztwo? Wiele jest historii z dawnej Włodawy i okolic, których nigdy nie wyjaśniono. Rzeka Bug była świadkiem wielu tragicznych historii, „załatwiania” lokalnych porachunków czy dramatycznych decyzji. Wszystko to złożyło mi się w całość.
Czyt-NIK: Główny bohater powieści „Milczące”, komisarz Eryk Maciejowski, zmaga się nie tylko z zagadką morderstw, ale i własnymi demonami z przeszłości. Jak wyglądała praca nad kreacją tak złożonej i poharatanej przez los postaci?
Patrycja Pelica: Eryk to bardzo złożona postać. Przede wszystkim nie chciałam tworzyć kolejnego gliniarza, który goni tylko od punktu A do punktu B – i opowieści o których są tysiące na rynku. Walka z własnymi demonami, jakie toczy, nie jest wcale mniej ważna od tej z demonami z rzeki – przeciwnie. Z dala od wielkiego miasta, gdzie diabeł mówi dobranoc, komisarz może – i musi wreszcie zmierzyć się ze swoimi traumami. Mogę zdradzić, że Maciejowski miał swój pierwowzór: poharatanego po wojnie bolszewickiej oficera, który wyjechał na Kresy sądząc, że i tak nic go już nie czeka. Do tego dochodzi złośliwe, często ironiczne poczucie humoru, które ma po mnie – i zdrowy rozsądek, jaki zostanie bezlitośnie wystawiony na próbę w krainie, gdzie zabobony i strach przed demonami wysysa się właściwie z mlekiem matki. Oj, komisarz nie będzie miał łatwo!
Czyt-NIK: W książce „Milczące” rzeka i ludowe wierzenia odgrywają ogromną rolę w budowaniu napięcia. Czy osobiście wierzy Pani w to, że dawne legendy kryją w sobie ziarno prawdy o ludzkiej naturze?
Patrycja Pelica: Cytując jednego z moich bohaterów: „ludowe wierzenia to swoista encyklopedia”. Dla mnie w dawnych przekazach tkwi nie tylko ziarno prawdy, ale i ogromna wiedza naszych przodków. To, jak ci często niepiśmienni, niewykształceni ludzie umieli tłumaczyć sobie istniejący świat i jego prawa za pomocą przesądów czy demonologii, zadziwia mnie i zachwyca. Te wierzenia nie tylko budowały tożsamość, ale były też łącznikiem między kolejnymi pokoleniami. Zachowywały w sobie echa dawnych tragedii i zbrodni, jak choćby podania o topielcach, powstających z tego, kto znalazł śmierć w rzece – utopiony w czasie samobójstwa czy pchnięty tam przez kogoś. Spotykam się czasem z niesprawiedliwym osądem, że kiedyś „lud był ciemny” – nieprawda, lud, który bez wiedzy książkowej tworzył tak niesamowity katalog wierzeń i demonów, był dla mnie właściwie… bardzo światły!

