Czyt-NIK: W „Miłości i zbrodni” połączyła Pani wątki miłosne, kryminalne i historyczne, tworząc niezwykle wielowymiarową opowieść. Jak wyglądał proces budowania tej historii i który z jej elementów okazał się dla Pani największym wyzwaniem?
Katarzyna Maludy: Kiedy zaczynałam myśleć o tej powieści wiedziałam jedynie, że jej akcja powinna się toczyć mniej więcej w połowie dwudziestolecia międzywojennego i zamach majowy dokonany przez Józefa Piłsudskiego jako tło nasunął mi się prawie automatycznie. To wydarzenie trudne do jednoznacznej oceny, ważne i bardzo warszawskie. Po drugie w poprzednim tomie mojej sagi „Dwie siostry” zostawiłam strasznie nieszczęśliwą Odettę Demelównę na pastwę jej cierpienia, wiedziałam więc, że muszę wymyślić dla niej jakiś szczęśliwszy los. Lubię szczęśliwe zakończenia, uważam się za optymistkę, więc wręcz nie wypadało, bym pozwalała jej tak cierpieć w nieskończoność. I wreszcie wiedziałam, że tym razem chcę ubarwić moją opowieść jakimiś wątkami kryminalnymi. A potem im częściej „obmacywałam” myślami historyczną rzeczywistość i charaktery moich głównych bohaterów, tym więcej w mojej wyobraźni pojawiało się szczegółów, postaci, wydarzeń, aż wreszcie zlepiły się one w miarę logiczną całość. Największym wyzwaniem był generał Kącki przede wszystkim dlatego, że to właśnie on pełnił rolę głównego „lepiszcza” dla bardzo różnych wątków tej powieści i dlatego, że miał swój odpowiednik w rzeczywistości – generała Włodzimierza Zagórskiego. Przyznaję się do tego w posłowiu do książki. Generał był niesamowicie kłopotliwy, bo jego życiorys jest pełen tajemnic, ale też dzięki temu dawał pole do różnych interpretacji czy gry wyobraźni.
Czyt-NIK: „Miłość i zbrodnia” pokazuje, że nawet po bolesnych doświadczeniach można otworzyć się na nowe uczucia i dać sobie szansę na szczęście. Jak ważny był dla Pani wątek drugiej szansy na miłość i co chciała Pani przekazać czytelnikom poprzez historię Odetty Demelówny?
Katarzyna Maludy: Ten wątek wydaje mi się bardzo aktualny. Nie mam pojęcia, jaki procent naszych współczesnych bliźnich przeżyło mniejszą lub większą tragedię rozpadu związku. Może rzadziej jest to wdowieństwo, ale według psychologów rozwód często stanowi jeszcze trudniejszy problem do przeżycia niż śmierć najbliższej osoby. Nie mnie to oceniać, nie wiem, nigdy nie byłam wdową. Wiem jednak na pewno, że warto mieć gdzieś tam w kąciku serca nadzieję na to, że jeszcze kiedyś będziemy mogli znaleźć szczęście. Ono niekoniecznie musi polegać na tym, że poznamy następnego partnera czy partnerkę. To może być pasja, misja, jakiś typ działania, które będą w stanie nas uszczęśliwić. Trzeba tylko mieć w sobie gotowość, otwartość na przyjęcie tego czegoś lub kogoś. W mojej książce oprócz Odetty postacią, która taki sens znajduje, jest także matka Mieczysława Żarskiego. Wątek obydwu pań jest dla mnie bardzo ważny, bo to nie są tylko moje fantazje jako autorki tej historii, ale także moje osobiste doświadczenia. Jeśli kogokolwiek ta książka natchnie nadzieją na lepsze jutro, będę zachwycona.
Czyt-NIK: Warszawa w Pani powieściach nie jest jedynie tłem wydarzeń, ale pełnoprawnym bohaterem historii. Jakie miejsca, wydarzenia lub postacie z przedwojennej stolicy były inspiracją podczas pracy nad „Miłością i zbrodnią” i czy podczas researchu natrafiła Pani na jakieś zaskakujące odkrycia?
Katarzyna Maludy: Takich inspiracji było tak wiele, że trudno byłoby mi wymienić je wszystkie. Bo to i generał Zagórski, i detale związane z przewrotem majowym, i kamienica krakowiacy i górale na Mokotowskiej, i studio filmowe Sfinks na ostatnim piętrze kamienicy metodystów przy Placu Zbawiciela, dansing Savoy przy Nowym Świecie, ogrody Wahla, na terenie których stoją dziś budynki Muzeum Narodowego i wiele, wiele innych. Ale chyba najwięcej radości sprawiło mi opisywanie warszawskiego folkloru. Scenę, kiedy Czarna Mańka brylowała w herbatni U Grubego Joska, uważam za najlepszą w książce. Bardzo lubię wywiadowcę Kanię, dziecię Warszawy, bo innych rodziców nie miał, samego Grubego Joska czy burdelmamę hrabinię Mielszyńską. Kania został przeze mnie wymyślony, ale cała reszta tego towarzystwa żyła i tworzyła niepowtarzalny klimat miasta. Zaskoczeń także było dużo. Przygotowując się do pisania tej książki dowiedziałam się, w jakich okolicznościach padły pierwsze strzały przewrotu majowego, czy tego, że na Warszawę zostały zrzucone bomby. Według niektórych doniesień miał to zrobić osobiście generał Zagórski. Z pewnym zdziwieniem przeczytałam jak wyglądało wnętrze pasażerskiego samolotu w tamtych czasach i jakie były perypetie prekursorek sportu automobilowego. Mogłabym tak wymieniać jeszcze bardzo długo, bo pisanie jest przygodą, a niespodzianki czekają na autora na każdym kroku.

