Czyt-NIK: „Feniks bez popiołów” bardzo mocno odchodzi od klasycznej historii o spektakularnym odrodzeniu po upadku. Co sprawiło, że zdecydował się Pan pokazać powrót do życia jako proces mozolny, trudny i pozbawiony efektownych fajerwerków?
JP Kalsky: Bo właśnie taki powrót znałem i taki wydawał mi się uczciwy.
Mamy dziś dużą skłonność do opowiadania o kryzysach w bardzo wygodny sposób. Jest upadek, jest moment olśnienia, potem ciężka praca i na końcu człowiek wraca silniejszy, mądrzejszy i najlepiej jeszcze wdzięczny losowi za lekcję.
Tylko że życie bardzo rzadko ma taką konstrukcję.
Czasami po upadku nie ma żadnego wielkiego przełomu. Jest za to długi okres, w którym człowiek uczy się od nowa rzeczy, które wcześniej wykonywał bez zastanowienia. Postęp miesza się z regresją, nadzieja ze złością, a zwycięstwa bywają tak małe, że z zewnątrz właściwie ich nie widać.
I właśnie to chciałem pokazać.
Nie historię człowieka, który „pokonał przeciwności”, tylko człowieka, który nauczył się z nimi żyć, negocjować i codziennie przesuwać granicę o kilka centymetrów.
Bo prawdziwe odrodzenie rzadko jest widowiskowe.
Najczęściej jest żmudne.
I przez długi czas nikt poza nami samymi nawet go nie zauważa.
Czyt-NIK: W „Feniksie bez popiołów” pojawia się pytanie o to, kim jesteśmy, kiedy tracimy zdrowie, status, pieniądze czy dotychczasową pozycję. Jaką odpowiedź na to pytanie chciałby Pan, aby czytelnik odnalazł po zamknięciu książki?
JP Kalsky: Nie chciałem dawać czytelnikowi jednej odpowiedzi, bo sam nie wierzę, że taka odpowiedź istnieje.
Bardziej interesowało mnie samo pęknięcie.
Przez lata budujemy swoją tożsamość z rzeczy, które da się nazwać: zawodu, stanowiska, pieniędzy, sprawności, pozycji, opinii innych ludzi. To działa bardzo dobrze, dopóki któregoś z tych elementów nagle nie zabraknie.
Wtedy okazuje się, że część tego, co uważaliśmy za siebie, była tylko rolą.
I to może być bardzo brutalne odkrycie.
Ale może być też oczyszczające.
Bo jeśli człowiek traci stanowisko, zdrowie albo pieniądze i nadal pozostaje sobą, to znaczy, że jego wartość musiała być gdzieś głębiej niż na wizytówce, koncie czy w tytule służbowym.
Chciałbym, żeby czytelnik po zamknięciu książki zadał sobie właśnie to pytanie:
co ze mnie zostaje, kiedy odejmę wszystko, czym na co dzień przedstawiam się światu?
Nie jest to szczególnie wygodne pytanie.
Ale chyba właśnie dlatego warto je sobie czasem zadać.
Czyt-NIK: „Feniks bez popiołów” jest powieścią bardzo osobistą i emocjonalnie wiarygodną. Ile samego JP Kalsky'ego jest w tej historii i czy napisanie tej książki było dla Pana również formą zmierzenia się z własnymi doświadczeniami?
JP Kalsky: Jest tam sporo mnie, ale nie w prostym sensie autobiografii.
Nie przepisałem własnego życia na strony książki. Bardziej wykorzystałem emocje, doświadczenia i sytuacje, które znałem na tyle dobrze, że nie musiałem ich sobie wyobrażać.
Bezradność, utrata kontroli nad własnym ciałem, zależność od innych, złość, wstyd, momenty nadziei i momenty, kiedy tej nadziei jest zdecydowanie mniej — to wszystko ma w tej książce prawdziwe źródło.
Natomiast literatura zaczyna się tam, gdzie samo wspomnienie przestaje wystarczać.
Trzeba wybrać, co zostawić, co przesunąć, co połączyć i jak z osobistego doświadczenia zrobić historię, w której ktoś obcy będzie mógł odnaleźć kawałek własnego życia.
Czy pisanie było dla mnie formą zmierzenia się z tym wszystkim?
Tak.
Ale nie traktowałbym tego jak terapii.
Bardziej jak próbę nazwania rzeczy, które wcześniej były chaosem.
Kiedy człowiek przechodzi przez coś trudnego, często długo widzi tylko pojedyncze obrazy, emocje i zdarzenia. Dopiero po czasie potrafi spojrzeć na nie z pewnego dystansu i zobaczyć, że układają się w większą całość.
„Feniks bez popiołów” był dla mnie właśnie takim spojrzeniem.
Bez patosu.
Bez udawania, że wszystko miało sens.
Bo nie wszystko musi mieć sens, żeby człowieka czegoś nauczyć.

