Czyt-NIK: „Wampir z Krakowa” opiera się na autentycznej i niezwykle mrocznej historii Karola Szczepana Kota. Co sprawiło, że zdecydował się Pan właśnie tę sprawę przenieść na karty swojej książki i opowiedzieć ją w formie fabularno-reporterskiej?
Darius Pike: Nie interesował mnie sam morderca. Interesowało mnie to, co kryło się za jego zwyczajną twarzą. Karol Kot nie wyglądał jak potwór. Był młodym człowiekiem, którego można było minąć na ulicy i po chwili o nim zapomnieć. A jednak nosił w sobie coś przerażającego.
Chciałem pokazać nie tylko jego zbrodnie, ale też świat, w którym dorastał, ludzi, których spotykał, i miasto, które powoli zaczynało się bać własnego cienia. Forma fabularno-reporterska pozwoliła mi połączyć fakty z literacką próbą zrozumienia psychiki sprawcy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Chciałem postawić pytanie, na które być może nie ma dobrej odpowiedzi: skąd w człowieku bierze się takie zło?
Czyt-NIK: „Wampir z Krakowa” pokazuje nie tylko sprawcę i popełnione przez niego zbrodnie, ale również ofiary, atmosferę strachu oraz reakcje mieszkańców Krakowa. Jak wyglądała Pana praca nad zgromadzeniem i uporządkowaniem materiałów, aby możliwie skrupulatnie odtworzyć realia tamtych wydarzeń?
Darius Pike: Najtrudniejsze było oddzielenie faktów od legendy, która przez lata narosła wokół Kota. Takie historie mają to do siebie, że z czasem sprawca staje się niemal postacią mityczną, a ludzie, których skrzywdził, schodzą na dalszy plan.
Zależało mi, żeby tego uniknąć. Analizowałem dostępne materiały dotyczące sprawy, konfrontowałem relacje i starałem się odtworzyć realia Krakowa lat sześćdziesiątych. Ważne były dla mnie nie tylko wydarzenia, ale też codzienność tamtych czasów, język ulicy, atmosfera mieszkań i klatek schodowych, a przede wszystkim narastający niepokój.
Oczywiście to powieść, nie protokół śledczy. Tam, gdzie kończą się udokumentowane fakty, pojawia się literacka rekonstrukcja. Uważam jednak, że autor piszący o prawdziwych tragediach ma obowiązek jasno rozróżniać jedno od drugiego.
Czyt-NIK: „Wampir z Krakowa” pozostawia czytelnika z pytaniem, jak zwyczajna twarz może przez długi czas ukrywać zło. Czy podczas pracy nad książką odkrył Pan coś, co szczególnie zmieniło Pana spojrzenie na tę sprawę lub człowieka stojącego za przydomkiem „Wampir z Krakowa”?
Darius Pike: Tak. Zrozumiałem, że najbardziej przerażające zło wcale nie musi wyglądać przerażająco.
Kiedy zaczynałem pracę nad tą historią, próbowałem znaleźć jakiś moment, wydarzenie czy pęknięcie w psychice, które pozwoliłoby wyjaśnić, kim stał się Karol Kot. Im głębiej wchodziłem w tę opowieść, tym bardziej przekonywałem się, że człowieka nie da się zamknąć w jednej prostej diagnozie.
I chyba właśnie to zostało ze mną najmocniej. Świadomość, że czasami patrzymy komuś prosto w oczy i nie widzimy niczego niepokojącego.
Nie wiem, czy po napisaniu tej książki lepiej rozumiem Kota. Wiem natomiast, że jeszcze mniej wierzę w to, że zło zawsze można rozpoznać, zanim będzie za późno.

