Dzisiaj zabieram Was w literacką podróż, która bez wątpienia poruszy Wasze serca i zmusza do refleksji nad tym, skąd właściwie jesteśmy i co kształtuje naszą tożsamość. Na moje pnące się pod sufit regały wpadła niedawno pozycja absolutnie wyjątkowa, niebanalna i pełna prawdziwych emocji. Mowa o książce „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie”, pod którą podpisuje się Bernadeta Prandzioch. Od razu na wstępie zdradzę Wam jedno: to nie jest gęsty od przypisów wykład uniwersytecki ani nudny wywód. To nasycona barwami, niesamowicie żywa opowieść, po przełknięciu której inaczej spojrzycie na mapę Polski, na swoich własnych przodków i na to, co kryje się pod pojęciem małej ojczyzny.
Zastanawialiście się kiedyś, co to tak naprawdę znaczy być Ślązakiem albo Ślązaczką w dzisiejszych czasach? Czy ta tożsamość musi być budowana wiecznie w zwarciu, na kontrze, w nieustannym spornym klinczu między niemieckością a polskością? Otóż Bernadeta Prandzioch udowadnia, że absolutnie nie! Pokazuje nam zupełnie świeże spojrzenie. Prezentuje śląskość jako przestrzeń niezwykle otwartą, włączającą, budowaną nie tylko przez rodowitych mieszkańców zasiedziałych tu od pokoleń, ale też przez tych, którzy przybyli tutaj z najróżniejszych stron kraju.
Główną osią całej tej opowieści staje się prywatna, intymna historia rodzinna. I to jest strzał w dziesiątkę! Bo wielka historia – ta, o której uczymy się w szkołach z datami i nazwiskami dowódców – najpełniej wybrzmiewa wtedy, gdy obserwujemy ją przez pryzmat jednostkowych, ludzkich losów. W książce śledzimy więc ścieżki śląskich powstańców, którzy z bronią w ręku walczyli o przyłączenie tych ziem do Polski. Poznajemy ludzi, którzy w krytycznych momentach zwrotnych, w 1921 czy 1945 roku, wybrali opcję niemiecką. Ale co najważniejsze, spotykamy całą rzeszę tych, którzy przez dekady musieli lawirować „pomiędzy” wielkimi potęgami i politycznymi ideologiami, próbując po prostu przeżyć, zachować godność i utrzymać rodzinę.
To jednak zaledwie połowa tej skomplikowanej, tożsamościowej mozaiki. Druga część układanki – dla wielu z Was być może jeszcze bardziej zaskakująca – dotyczy krewnych, którzy z zupełnie innych rejonów kraju, jak choćby z malowniczej Lubelszczyzny czy dzikich Bieszczad, ruszyli za pracą na Górny Śląsk. Wyobraźcie sobie ten potężny zderzak kulturowy! Przybywali z wiejskich, cichych światów, w których nikt na oczy nie widział wielkoprzemysłowej nowoczesności, huczących hut czy szybów kopalnianych. Przywozili ze sobą bagaż tragicznych i trudnych doświadczeń – walkę z UPA, działalność w Armii Krajowej czy bolesne przesiedlenia w ramach akcji „Wisła”.
I wiecie, gdzie te wszystkie splątane nitki ludzkich losów ostatecznie się spotykają? Na katowickim Załężu. W tej przestrzeni, pośród czerwonej cegły i industrialnego klimatu, dochodzi do niezwykłej syntezy. Z zebranych w jednej rodzinie przeżyć wyłania się obraz nowej, współczesnej śląskości – takiej, która nie wyklucza, lecz potrafi z szacunkiem pomieścić doświadczenia absolutnie wszystkich, którzy dziś tu żyją i pragną nazywać ten region swoim domem.
Forma tej publikacji zachwyca od pierwszej strony. Bernadeta Prandzioch pisze lekko, niezwykle plastycznie i z ogromną empatią do każdego ze swoich bohaterów. Kiedy czytamy tę opowieść, niemal czujemy zapach staroci wyciąganych ze skrzyń na strychach, słyszymy gwar uliczny i stukanie obcasów na klatkach schodowych katowickich kamienic. Nie ma tu krztynki sztucznego zadęcia, pustego patosu czy próby narzucenia czytelnikowi jedynej słusznej interpretacji historii. Jest za to ogromny szacunek do skomplikowanych ludzkich wyborów, szczerość i zadziwiająca dojrzałość w opowiadaniu o sprawach trudnych.
Książka działa na czytelnika wielopoziomowo. Z jednej strony wciąga niczym najprzedniejsza saga obyczajowa, od której nie sposób się oderwać, z drugiej zaś prowokuje do postawienia sobie samemu ważnych pytań. Kim byli moi dziadkowie? Skąd przyjechali moi rodzice? To właśnie ta uniwersalność sprawia, że pozycję tę czyta się jednym tchem, niezależnie od tego, czy mieszkacie w Katowicach, Gdańsku, Białymstoku czy Poznaniu.
Śląsk zaprezentowany na łamach tej pozycji przestaje być czarno-biały. Nie da się go łatwo zaszufladkować. To kraina pełna odcieni szarości, kontrastów i niespodziewanych zwrotów akcji. I właśnie w tej wielobarwności tkwi największa siła omawianego dzieła. Pokazuje, że korzenie to nie tylko fundamenty, które trzymają nas w jednym miejscu, ale też gałęzie, które mogą sięgać bardzo daleko i przeplatać z gałęziami innych ludzi.
Sposób, w jaki przedstawiono tu meandry lokalnej i ogólnokrajowej historii, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Dostajemy niezwykle wartościową lekcję o tym, że tożsamość nie jest czymś danym raz na zawsze w odlewie z brązu. To żywy, ciągle zmieniający się proces. Drobne narracje prywatne okazują się często o wiele ciekawsze i prawdziwsze niż wielkie podręcznikowe syntezy.
Kończąc tę lekturę, czułem głęboką satysfakcję. To była fantastyczna, pełna emocjonalnych wzruszeń wędrówka przez czasy, miejsca i ludzkie serca. Przeczytałem tę pozycję z olbrzymim zachwytem i jestem przekonany, że wywrze ona na Was równie przemożne wrażenie.
Z wielką dumą i pełnym przekonaniem muszę napisać, że doceniam tę książkę poprzez umieszczenie jej na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek! To bez wątpienia dzieło, które zasługuje na najwyższe wyróżnienie, wyjątkowe miejsce w domowych biblioteczkach i częste powroty do jego lektury.
Gorąco polecam Wam sięgnięcie po ten tytuł. Gwarantuję, że spędzicie z nim niezapomniane chwile, a po zamknięciu okładki jeszcze długo będziecie rozmyślać nad losem bohaterów tej niezwykłej historii.
Książka pt. „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne

