Jedna z rzeczy, które naprawdę doceniam, to sposób, w jaki autor pokazuje codzienność. Nie wielkie bitwy, nie suche daty, tylko zwykłe życie. Jedzenie, obowiązki, relacje, wybory, które dla bohaterów są całym światem. I nagle okazuje się, że historia nie dzieje się tylko „gdzieś tam”. Ona dzieje się w kuchniach, na podwórkach, w rozmowach, w decyzjach dzieci i dorosłych.
Już po pierwszych stronach czułem, że to nie będzie zwykła lektura „do przeczytania i odłożenia na półkę”. Ten moment, kiedy historia zaczyna się rozkręcać, nie przychodzi tu powoli – on po prostu się dzieje. Nagle przestajesz być tylko czytelnikiem, a stajesz się kimś, kto zagląda przez ramię bohaterom, kto słyszy ich rozmowy i widzi świat dokładnie z ich poziomu. „Skoki przez epoki. Osiem podróży w przeszłość” Marcina Przewoźniaka zrobiły ze mną coś bardzo konkretnego – przeniosły mnie z miejsca, w którym byłem, do miejsc, które istnieją tylko w wyobraźni, ale w trakcie lektury zaczynają być zaskakująco realne. I to nie jest spokojne przejście. To bardziej nagłe zanurzenie, jakby ktoś uchylił drzwi do innego czasu i bez pytania, ale z ogromną lekkością, zaprosił mnie do środka.
I muszę zacząć od bardzo ważnej rzeczy: to moje pierwsze spotkanie z Marcinem Przewoźniakiem. I czuję się trochę tak, jakbym przypadkiem wszedł do domu, w którym ktoś od dawna opowiada świetne historie, a ja dopiero teraz usiadłem przy stole. I nie chcę już wstawać. Bo ta książka nie udaje podręcznika. Ona nie mówi: „oto historia, zapamiętaj daty”. Ona mówi: „chodź, pokażę ci, jak to mogło wyglądać naprawdę”. I nagle historia przestaje być sucha. Przestaje być odległa. Zaczyna być doświadczeniem.
Pierwsze strony przenoszą nas do IX wieku. Mały Sobek, budowa grodu, życie w świecie, który pachnie drewnem, dymem i wysiłkiem. I ja wiem, że to brzmi jak „lekcja historii”, ale to wcale nie ma takiego klimatu. To bardziej jak obserwowanie czyjegoś życia przez uchylone drzwi. Bez dystansu. Bez szkolnej ramki. I właśnie to najbardziej mnie uderzyło – ta bliskość.
Wraz z przekładaniem kolejnych stron przychodzą następne epoki i kolejne dzieciaki, które nagle okazują się wcale nie tak bardzo odległe od nas. Paszko, który marzy o ucieczce i dalekich podróżach. Każdy, kto miał kiedyś w głowie myśl „a co jeśli zostawię wszystko i pójdę w świat?”, zrozumie go natychmiast. Bez tłumaczenia. I wtedy łapiesz się na czymś dziwnym: że historia przestaje być „o nich”, a zaczyna być trochę o nas.
Jedna z rzeczy, które naprawdę doceniam, to sposób, w jaki autor pokazuje codzienność. Nie wielkie bitwy, nie suche daty, tylko zwykłe życie. Jedzenie, obowiązki, relacje, wybory, które dla bohaterów są całym światem. I nagle okazuje się, że historia nie dzieje się tylko „gdzieś tam”. Ona dzieje się w kuchniach, na podwórkach, w rozmowach, w decyzjach dzieci i dorosłych.
Jest też w tej książce coś bardzo filmowego. Sceny układają się w obrazy, które bez problemu można sobie wyobrazić. Czasem aż za łatwo – bo człowiek łapie się na tym, że przestaje czytać, a zaczyna oglądać. I to jest ogromna siła tej opowieści.
Szczególnie zapadła mi w pamięć historia z XVII wieku – Jadwinia i Kaśka, dziewczynki z dwóch różnych światów, które na chwilę zamieniają się rolami. I nagle okazuje się, że „inna rzeczywistość” to nie jest abstrakcja. To konkretne życie, konkretne ograniczenia, konkretne emocje. I to uderza mocniej niż niejeden wykład.
Ale najważniejsze w tej książce jest coś jeszcze: ona nie męczy. A mogłaby. Bo historia, epoki, zmiany, konteksty – to wszystko łatwo zamienić w coś ciężkiego. Tutaj jednak wszystko płynie. Naturalnie. Bez wysiłku po stronie czytelnika. I to jest ogromna umiejętność autora. Czuć, że ta książka została napisana z myślą o tym, żeby czytelnik nie tylko „się dowiedział”, ale żeby coś przeżył. I to działa. Bo zamiast zmuszać do nauki, ona po prostu wciąga.
Zaskoczyło mnie też, jak bardzo te historie zostają w głowie. Nie jako daty czy fakty, ale jako obrazy. Twarze bohaterów. Ich decyzje. Ich strachy i marzenia. I to jest dla mnie największy dowód, że ta książka działa – bo historia przestaje być teorią, a zaczyna być pamięcią.
„Skoki przez epoki” to nie jest książka, którą odkłada się i zapomina. To raczej taka, która zostawia w tobie mały ślad. Myśl, że kiedyś naprawdę tak mogło być. Że ci ludzie naprawdę żyli, bali się, wybierali, uciekali, wracali, budowali swój świat.
I teraz ważna rzecz – ta książka zasługuje na swoje miejsce na półce NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Bo to dokładnie ten typ historii, które nie tylko się czyta, ale które zmieniają sposób patrzenia na temat. Nagle historia przestaje być „przedmiotem”. Staje się opowieścią.
A ja po tym pierwszym spotkaniu z Marcinem Przewoźniakiem mam jedną myśl: jeśli tak wygląda wejście do jego świata, to ja bardzo chcę sprawdzić, co jeszcze w nim czeka. Bo jeśli historia może wyglądać w ten sposób – żywa, bliska, momentami emocjonująca jak przygoda – to naprawdę trudno wrócić do „zwykłego” jej postrzegania. I może właśnie o to chodzi.
Książka pt. „Skoki przez epoki” ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego

