Izabela Janiszewska po raz kolejny zaprosiła mnie do świata, w którym nic nie jest oczywiste, prawda ma wiele twarzy, a przeszłość potrafi zapłonąć w najmniej oczekiwanym momencie. „Stracone w ogniu” to moje kolejne spotkanie z twórczością autorki i muszę przyznać, że pozostanie ono w mojej czytelniczej pamięci już na zawsze. To książka, która od pierwszych stron przyciąga uwagę, a później konsekwentnie podkręca temperaturę emocji.
Izabela Janiszewska wykazała się ogromną kreatywnością w konstruowaniu tej historii. Zamiast prowadzić czytelnika prostą drogą od zagadki do rozwiązania, zabiera go w podróż pełną zakrętów, niedopowiedzeń i pytań, na które odpowiedzi nie przychodzą łatwo. Każda kolejna strona jest niczym następna iskra dorzucona do ognia. Początkowo tylko delikatnie rozgrzewa atmosferę, by z czasem rozpalić ją do czerwoności.
W centrum wydarzeń znajduje się Anita Bauer, policjantka, która trafia na jedno z najbardziej krwawych miejsc zdarzenia w swojej karierze. Śmierć młodej kobiety we własnym mieszkaniu staje się początkiem śledztwa, które bardzo szybko przestaje być klasycznym poszukiwaniem sprawcy. Im głębiej Anita wchodzi w tę sprawę, tym bardziej przypomina ona labirynt, w którym każdy kolejny trop może prowadzić zarówno do prawdy, jak i do kolejnej ślepej uliczki.
I właśnie tutaj autorka pokazuje swoją pisarską kreatywność. Potrafi budować napięcie nie tylko za pomocą gwałtownych zwrotów akcji, ale przede wszystkim poprzez umiejętne dawkowanie informacji. Czytelnik otrzymuje kolejne elementy układanki, ale nigdy nie ma pewności, czy właśnie znalazł brakujący fragment, czy może został przez autorkę sprytnie skierowany na fałszywy trop.
Drugim niezwykle ważnym bohaterem jest Maciej Wajda. Przez lata próbował zrozumieć epizod amnezji, którego doświadczył w przeszłości. Jedno odzyskane wspomnienie staje się jednak czymś więcej niż tylko odpowiedzią na pytanie, które od dawna nie dawało mu spokoju. Jest iskrą, od której zaczyna płonąć całe jego dotychczasowe życie. Maciej rusza śladem własnej przeszłości i musi zmierzyć się nie tylko z tym, co zostało wyparte z pamięci, ale również z własną ciemną stroną. To właśnie ten element historii sprawił, że podczas lektury wielokrotnie zatrzymywałem się na chwilę, aby zastanowić się, jak wiele człowiek może wiedzieć o samym sobie. I czy zawsze chcielibyśmy poznać wszystkie odpowiedzi.
„Stracone w ogniu” bardzo sprawnie łączy kryminalną zagadkę z psychologicznym napięciem. Autorka nie ogranicza się do pytania: kto zabił? Równie ważne stają się pytania o pamięć, winę, konsekwencje przeszłości, ludzkie wybory i granice, których człowiek może przekroczyć, kiedy zostaje postawiony w sytuacji granicznej. Podoba mi się również sposób, w jaki Izabela Janiszewska prowadzi narrację. Historia nie jest opowiedziana w sposób, który pozwala czytelnikowi spokojnie usiąść i obserwować wydarzenia z bezpiecznej odległości. Tutaj zdecydowanie łatwiej dać się wciągnąć w środek wydarzeń. Razem z bohaterami szukamy odpowiedzi, analizujemy ślady, próbujemy połączyć fakty i zastanawiamy się, komu właściwie można zaufać. A kiedy wydaje nam się, że zaczynamy rozumieć, dokąd zmierza ta historia, autorka potrafi zmienić kierunek. I robi to z dużą swobodą.
Właśnie dlatego „Stracone w ogniu” odbieram jako czytelniczą ucztę. Taką, która z każdą przekładaną stroną coraz mocniej rozgrzewa emocje. Nie chodzi tutaj wyłącznie o tempo wydarzeń. Liczy się atmosfera, rosnące napięcie i poczucie, że za kolejnym rozdziałem może czekać informacja, która zmieni nasze spojrzenie na wcześniejsze wydarzenia. Ogień w tej książce jest czymś więcej niż tylko elementem fabuły. Staje się symbolem niszczenia, oczyszczania, gniewu, tajemnic i prawdy, która potrafi boleć bardziej niż kłamstwo. To bardzo dobrze wykorzystany motyw, ponieważ pozwala autorce zbudować wokół historii dodatkową warstwę emocjonalną.
Szczególnie doceniam to, że Janiszewska nie traktuje swoich bohaterów wyłącznie jako elementów kryminalnej układanki. Anita Bauer i Maciej Wajda mają swoje emocje, doświadczenia i wewnętrzne demony. Dzięki temu ich historia nie pozostaje jedynie zagadką do rozwiązania. Staje się również opowieścią o człowieku, który próbuje odnaleźć się w świecie, gdzie przeszłość nie zawsze chce pozostać przeszłością.
To moje kolejne spotkanie z twórczością Izabeli Janiszewskiej i po raz kolejny autorka udowodniła mi, że potrafi stworzyć historię, która nie tylko angażuje, ale również zostaje z czytelnikiem na dłużej. „Stracone w ogniu” nie kończy się w momencie zamknięcia książki. Pozostawia pytania, emocje i pewien literacki ślad, do którego myślami można wrócić już po odłożeniu lektury.
Doceniam kreatywność autorki, styl, narrację oraz sposób budowania historii. To właśnie te elementy sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Izabela Janiszewska nie podaje czytelnikowi wszystkiego na tacy. Zaprasza go do gry, w której trzeba uważnie obserwować, łączyć fakty i być gotowym na zmianę perspektywy. A ja takie literackie zaproszenia bardzo lubię.
„Stracone w ogniu” to książka, która skutecznie podkręca temperaturę, rozpala ciekawość i prowadzi czytelnika przez historię pełną tajemnic. To thriller, w którym ogień płonie nie tylko na kartach książki. Płonie również w emocjach bohaterów, w ich wspomnieniach, lękach i sekretach. Dlatego moja czyt-NIKowa biblioteczka wzbogaciła się o kolejną książkę Izabeli Janiszewskiej. Co więcej, doceniając kreatywność autorki w konstruowaniu tej historii, umieszczam „Stracone w ogniu” na wyjątkowej półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Bo ta książka naprawdę ma w sobie to coś. To moje kolejne spotkanie z twórczością Izabeli Janiszewskiej, które pozostanie w mojej czytelniczej pamięci już na zawsze. A kiedy książka potrafi tak skutecznie rozgrzać emocje, zaskoczyć, zaciekawić i jednocześnie zaprosić do literackiej uczty, Czyt-NIK może powiedzieć tylko jedno: WOW! To zdecydowanie książka warta przeczytania!
Książka pt. „Stracone w ogniu” ukazała się nakładem Wydawnictwa Czwarta Strona Kryminału

