Styl Anny Rybakiewicz jest spokojny, płynny, miejscami wręcz delikatny, co świetnie kontrastuje z tematyką. Nie ma tu przesadnej ornamentyki ani niepotrzebnego komplikowania języka. Jest za to narracja, która pozwala wejść w świat bohaterów bez poczucia dystansu. Czytelnik nie stoi obok – on idzie razem z nimi przez kolejne etapy tej historii.
„Róża” Anny Rybakiewicz to jedna z tych powieści, które nie proszą się o uwagę krzykiem. Ona raczej wchodzi po cichu, siada obok czytelnika i zaczyna opowiadać historię, która z każdą stroną robi się coraz bardziej osobista. I zanim się człowiek zorientuje, już nie czyta – tylko w niej tkwi. A potem zostaje z tym dziwnym uczuciem, że coś się w środku przesunęło.
To książka o miłości, ale nie tej łatwej, filmowej i wygodnej. To miłość, która rodzi się w warunkach, gdzie nie powinna mieć prawa istnieć. W tle mamy 1943 rok, wojenną rzeczywistość, przymusową pracę i miejsce, które z jednej strony pachnie kwiatami, a z drugiej – ciężarem historii. Tadeusz trafia do szkółki róż, miejsca z pozoru spokojnego, wręcz pięknego, ale ten spokój jest tylko cienką warstwą nałożoną na brutalność czasu. I właśnie tam pojawia się Alma Rose – młoda Niemka, która z początku jest dla Tadeusza symbolem wszystkiego, co obce, zimne i nieprzyjazne. Ich relacja nie zaczyna się od magii. Nie ma tu natychmiastowej chemii ani romantycznych uniesień. Jest dystans, nieufność, napięcie, które można by kroić nożem. I może właśnie dlatego ta historia działa tak mocno – bo nie udaje.
Anna Rybakiewicz nie spieszy się z uczuciem. Pozwala mu rosnąć tak, jak rosną róże – powoli, z trudem, czasem w bólu. I kiedy w końcu coś między bohaterami zaczyna się zmieniać, czytelnik nie ma wątpliwości, że to nie jest chwilowe zauroczenie, ale coś, co może ich zniszczyć albo uratować. A czasem jedno i drugie jednocześnie.
Najmocniejszym elementem tej powieści jest właśnie kontrast – między wojną a delikatnością uczuć, między obowiązkiem a pragnieniem, między tym, co wolno, a tym, co serce i tak zrobi po swojemu. W tle nieustannie czuć ciężar historii, ale nie jest on przytłaczający w sposób szkolny czy podręcznikowy. On raczej sączy się między słowami, przypominając, że każda prywatna historia dzieje się na tle czegoś większego, często brutalniejszego.
Drugą płaszczyzną narracji jest rok 2003. I tutaj Rybakiewicz robi coś bardzo sprytnego – pokazuje, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie zostaje zamknięta. Umierająca żona Tadeusza wyjawia sekret, który przewraca jego życie do góry nogami. Nagle okazuje się, że to, co budował przez dekady, może opierać się na błędzie, przemilczeniu, może nawet kłamstwie. I wtedy zaczyna się druga historia – historia pamięci, żalu i pytania, które potrafi zniszczyć spokój człowieka w każdym wieku: „a co, jeśli mogłem wybrać inaczej?”
Ten zabieg dwóch czasów działa bardzo dobrze. Przeszłość nie jest tu tylko wspomnieniem – ona żyje, oddycha i domaga się wyjaśnienia. A teraźniejszość nie jest spokojna – ona jest konsekwencją dawnych decyzji, emocji i milczenia. Jeśli miałbym wskazać najmocniejszą stronę „Róży”, byłaby to emocjonalna autentyczność. To nie jest książka, która próbuje wymusić łzy. Ona raczej sprawia, że człowiek nagle orientuje się, iż już dawno przestał czytać obojętnie.
Bohaterowie nie są papierowi. Tadeusz nie jest tylko „mężczyzną z przeszłością”, a Alma nie jest jedynie „zakazaną miłością”. Oboje mają w sobie coś bardzo ludzkiego – nieidealność, wahanie, lęk i tęsknotę za czymś, czego nie da się łatwo nazwać. Oczywiście, jak w każdej powieści osadzonej w realiach wojennych i historycznych, pojawiają się momenty cięższe, bardziej refleksyjne. Ale tutaj nie są one narzucone. One wynikają z historii. I to jest ogromna różnica, którą czuć niemal od razu.
Styl Anny Rybakiewicz jest spokojny, płynny, miejscami wręcz delikatny, co świetnie kontrastuje z tematyką. Nie ma tu przesadnej ornamentyki ani niepotrzebnego komplikowania języka. Jest za to narracja, która pozwala wejść w świat bohaterów bez poczucia dystansu. Czytelnik nie stoi obok – on idzie razem z nimi przez kolejne etapy tej historii. I choć „Róża” opowiada o miłości, to równie mocno opowiada o konsekwencjach. O tym, że każda decyzja – nawet ta podjęta w strachu – zostawia ślad. I że czasem całe życie można przeżyć, nie wiedząc, że kluczowy fragment układanki wyglądał zupełnie inaczej.
To książka, która nie kończy się na ostatniej stronie. Ona zostaje jeszcze przez jakiś czas, jak zapach róż w pokoju, z którego ktoś dopiero wyszedł. I nie da się jej łatwo odłożyć mentalnie na półkę. A skoro już o półkach mowa – „Róża” zdecydowanie zdobywa moje czytelnicze uznanie. Nie tylko za temat, nie tylko za emocje, ale za sposób, w jaki została opowiedziana. Za cierpliwość do bohaterów, za wyczucie rytmu i za to, że nie idzie na skróty. Dlatego z pełnym przekonaniem trafia na półkę NIK – Najlepszych Interesujących Książek. I mam wrażenie, że to miejsce będzie dla niej bardzo naturalne. Bo to jedna z tych historii, które nie potrzebują dodatkowej reklamy – same wiedzą, jak zostać w pamięci czytelnika.
„Róża” Anny Rybakiewicz to nie tylko opowieść o miłości. To opowieść o tym, że przeszłość nigdy nie milknie całkowicie. I że czasem najważniejsze odpowiedzi przychodzą wtedy, kiedy już nie można niczego zmienić.
Książka pt. "Róża" ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia

