„Przez trudy do gwiazd” – ten tytuł nie jest tu ozdobnikiem. On naprawdę pracuje w tej książce. Bo każda „gwiazda” w tej opowieści została okupiona trudami, które trudno sobie wyobrazić. Czy ta książka mnie poruszyła? Tak. Czy zostaje w głowie? Zdecydowanie. Czy jest idealna? Jest, choć nie musi być. Wystarczy, że jest prawdziwa emocjonalnie. I właśnie dlatego zdobywa moje czytelnicze uznanie. Bez wahania. Bez „ale”. Z pełnym przekonaniem. Ta historia znajduje swoje zasłużone miejsce na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek.
"Przez trudy do gwiazd" to książka, która nie próbuje błyszczeć fajerwerkami ani udawać literackiego eksperymentu. Ona po prostu wchodzi do czytelnika cicho, ale pewnie – jak wspomnienie, które wraca w najmniej spodziewanym momencie i już nie chce wyjść z głowy. I dobrze, bo takie historie właśnie zostają najdłużej.
Na pierwszy rzut oka mamy tu dwie osie czasu, dwa życia, dwa światy, które dzieli wszystko – oprócz jednego: ludzi, którzy kiedyś się spotkali i już nie potrafili o sobie zapomnieć. Rok 1940 i 1990. Syberia i współczesna Polska. Młodość i starość. Pamięć i jej utrata. A pomiędzy nimi – człowiek.
Anastazja Zielińska ma szesnaście lat, kiedy jej życie rozpada się w jednej chwili. Noc, wywózka, wagon, który bardziej przypomina więzienie niż środek transportu. Zimno, głód i strach, który nie pyta o zgodę, tylko siada obok i zostaje na długo. W tym samym wagonie jest Leon Białowąs – chłopak, którego nazwisko będzie jeszcze wracało jak echo w jej życiu. Ich relacja nie zaczyna się od wielkich deklaracji. Raczej od milczenia, spojrzeń i wspólnego przetrwania. I tu właśnie ta książka robi coś, co bardzo lubię – nie spieszy się. Nie pędzi od dramatu do dramatu jakby bała się, że czytelnik się znudzi. Ona pozwala temu wszystkiemu wybrzmieć. Syberia nie jest tłem dekoracyjnym. Jest doświadczeniem. Jest próbą człowieczeństwa.
Anastazja zaczyna prowadzić zeszyt. I to jest jeden z najważniejszych elementów tej historii. Bo ten zeszyt nie jest tylko zapisem wydarzeń. To jest pamięć. To jest sposób na to, żeby nie zniknąć w nieludzkich warunkach. Żeby zachować siebie, kiedy wszystko wokół próbuje cię odebrać. I kiedy czyta się te fragmenty, ma się wrażenie, że dotyka się czegoś bardzo intymnego – nie historii, ale czyjejś duszy. Leon natomiast jest postacią, która długo pozostaje w cieniu. I to działa na korzyść opowieści. Nie mamy tu łatwych odpowiedzi, nie mamy romantycznych skrótów. Jest za to powolne dojrzewanie emocji, które w warunkach skrajnych nabierają zupełnie innej wagi. Tam, gdzie inni widzą tylko przetrwanie, oni zaczynają widzieć siebie nawzajem.
A potem przychodzi rok 1990. I tu książka robi coś, co potrafi naprawdę uderzyć. Anastazja – ta sama, która kiedyś walczyła o każdy dzień na zesłaniu – traci pamięć. Udar zabiera jej całe życie. Zostają tylko urywki dzieciństwa. I nagle człowiek, który przeżył tak wiele, staje się kimś na nowo bezbronny. Bez historii, bez punktów odniesienia.
I wtedy pojawia się Leon. Starszy, cichy, obecny. Sąsiad. A jednocześnie ktoś, kto zna jej życie lepiej niż ona sama w tym momencie. To on zaczyna czytać jej pożółkłe zapiski z Syberii. I to jest moment, w którym ta historia robi się jeszcze bardziej poruszająca. Bo okazuje się, że pamięć może być jednocześnie ratunkiem i ciężarem. Że wspomnienia nie zawsze przynoszą ulgę.
Czytając te fragmenty, miałem wrażenie, że książka zadaje jedno proste, ale bardzo trudne pytanie: czy lepiej pamiętać wszystko, czy żyć w spokoju nie wiedząc, kim się było?
Anna Rybakiewicz prowadzi tę historię spokojnie, bez przesadnego patosu. I to jest jej ogromna siła. Bo temat mógł łatwo pójść w stronę dramatycznego wyciskacza łez. A zamiast tego dostajemy opowieść, która opiera się na emocjach, ale ich nie nadużywa. One po prostu są. Naturalne. Niewymuszone.
Język jest prosty, ale nie banalny. Czasem wręcz oszczędny, co w tej historii działa bardzo dobrze. Bo im mniej słów, tym bardziej wybrzmiewają emocje. A te emocje są ciężkie – nie w sensie trudne do czytania, ale takie, które zostają w czytelniku długo po zamknięciu książki.
Wątek Syberii jest szczególnie mocny. Nie dlatego, że epatuje brutalnością, ale dlatego, że pokazuje codzienność, która sama w sobie była brutalna. Głód, zimno, niepewność jutra – wszystko to staje się tłem dla dojrzewania Anastazji. I właśnie to dojrzewanie, wymuszone przez ekstremalne warunki, jest jednym z najciekawszych elementów powieści.
Z kolei część współczesna ma w sobie coś spokojniejszego, ale nie mniej emocjonalnego. To historia o starzeniu się, samotności i o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje drugiego człowieka, nawet jeśli nie zawsze potrafi to powiedzieć. I kiedy te dwie warstwy zaczynają się ze sobą łączyć, czytelnik dostaje pełny obraz, który na zawsze pozostaje w sercach i umysłach.
„Przez trudy do gwiazd” – ten tytuł nie jest tu ozdobnikiem. On naprawdę pracuje w tej książce. Bo każda „gwiazda” w tej opowieści została okupiona trudami, które trudno sobie wyobrazić.
Czy ta książka mnie poruszyła? Tak. Czy zostaje w głowie? Zdecydowanie. Czy jest idealna? Jest, choć nie musi być. Wystarczy, że jest prawdziwa emocjonalnie. I właśnie dlatego zdobywa moje czytelnicze uznanie. Bez wahania. Bez „ale”. Z pełnym przekonaniem. Ta historia znajduje swoje zasłużone miejsce na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. Nie jako jednorazowe wzruszenie, ale jako opowieść, do której można wracać, kiedy człowiek potrzebuje przypomnienia, że nawet przez największe trudy można dojść dalej, niż się wydaje. Bo czasem literatura nie ma nas zachwycać. Ma nas poruszyć. I ta robi to bardzo skutecznie.
Książka pt. "Przez trudy do gwiazd" ukazała się nakładem Wydawnictwa Filia

