Styl Czesława Miłosza bywa gęsty, momentami wymagający, ale nie jest to trudność dla trudności. To raczej efekt tego, że autor próbuje zmieścić w słowach coś, co stale mu się wymyka – doświadczenie świata, który nie chce być uporządkowany. I choć czasem trzeba zwolnić, to właśnie w tym zwolnieniu dzieje się najwięcej.
Czesław Miłosz w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” zabiera nas w podróż, która z pozoru wygląda jak spokojne patrzenie na Amerykę z okna. Ale to złudzenie szybko znika. Bo to nie jest książka o miejscu. To jest książka o stanie umysłu. O człowieku wrzuconym w rzeczywistość, która zmienia się szybciej, niż on zdąży ją nazwać.
I powiem wprost: to lektura, która nie głaszcze czytelnika po głowie. Ona raczej siada obok i mówi: „popatrz uważnie, bo coś ci umyka”.
Czesław Miłosz obserwuje świat, który już wtedy – a mówimy o realiach XX wieku – zaczynał przypominać rozpędzoną maszynę bez hamulców. Kapitalizm, media, technologia, przyspieszenie codzienności. Brzmi znajomo? No właśnie. I tu robi się ciekawie, bo choć książka ma swój czas i kontekst, to jej nerw jest zaskakująco współczesny. Jakby autor przez lata miał rację szybciej, niż świat był gotowy to przyznać.
Najmocniejsze w tej książce nie są jednak diagnozy, tylko pytania. Miłosz nie udaje kogoś, kto wszystko wie. On raczej stoi na brzegu Zatoki San Francisco i patrzy, jak rzeczywistość odpływa w stronę niepewności. Pyta o sens, o człowieka, o to, czy da się jeszcze w tym wszystkim zachować jakiś wewnętrzny kompas. I nie daje łatwych odpowiedzi. Na szczęście. Bo łatwe odpowiedzi są tu zbędne.
Styl Czesława Miłosza bywa gęsty, momentami wymagający, ale nie jest to trudność dla trudności. To raczej efekt tego, że autor próbuje zmieścić w słowach coś, co stale mu się wymyka – doświadczenie świata, który nie chce być uporządkowany. I choć czasem trzeba zwolnić, to właśnie w tym zwolnieniu dzieje się najwięcej.
Jest tu też coś bardzo ludzkiego: niepokój. Ale nie taki krzykliwy, tylko cichy, podskórny. Taki, który zostaje po lekturze i nie znika od razu po zamknięciu książki. To nie jest tekst do „odhaczenia”. To jest tekst, który pracuje w tle.
Czy „Widzenia nad Zatoką San Francisco” to lektura dla tych, którzy lubią, kiedy literatura nie tylko opowiada, ale też niepokoi. I właśnie za to trafia ona do mojej czyt-NIKowej biblioteczki jako pozycja szczególna. Zdecydowanie zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Nie dlatego, że jest „przyjemna”. Ale dlatego, że jest potrzebna. Bo zmusza do zatrzymania się w świecie, który nieustannie każe biec dalej. A może nawet ważniejsze: przypomina, że czasem warto spojrzeć na własne życie jak na brzeg zatoki. I zadać sobie pytanie, co właściwie właśnie odpływa.
Książka pt. "Widzenia nad Zatoką San Francisco" ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak

