J.R.R. Tolkien to nazwisko, którego żadnemu miłośnikowi fantastyki przedstawiać nie trzeba. Twórca „Hobbita” i „Władcy Pierścieni” na zawsze zapisał się w historii literatury jako autor niezwykłych światów, bohaterów i opowieści, które od pokoleń zachwycają czytelników. A jednak jego twórczość skrywa jeszcze wiele literackich niespodzianek. Jedną z nich jest „Łazikanty” – opowieść, która pokazuje Tolkiena z nieco innej strony, ale jednocześnie udowadnia, że jego wyobraźnia nie miała najmniejszych ograniczeń.
To moje kolejne spotkanie z twórczością pisarza, który już dawno temu zdobył me czytelnicze serce. I po raz kolejny Tolkien zaimponował mi swoją kreatywnością pisarską. Zachwycił mnie kunsztem tworzenia niepowtarzalnych historii, w których nawet najprostszy pomysł może stać się początkiem wielkiej przygody.
„Łazikanty” ma zresztą niezwykłe źródło. Historia narodziła się z potrzeby pocieszenia kilkuletniego syna, który podczas wakacyjnej wyprawy zgubił ulubioną zabawkę – małego pieska. Tolkien zamiast poprzestać na zwykłym: „Na pewno się znajdzie”, stworzył opowieść, która miała wyjaśnić zaginięcie zabawki. I właśnie tutaj zaczyna się magia. Bo czy może istnieć lepszy dowód na siłę wyobraźni niż sytuacja, w której zagubiona dziecięca zabawka staje się początkiem literackiej podróży prowadzącej na księżyc, dno oceanu i wprost w objęcia niezwykłych stworzeń?
Poznajemy Łazika – młodego pieska, który za sprawą rozzłoszczonego czarodzieja zostaje zamieniony w zabawkę. Brzmi jak katastrofa? Oczywiście! Ale u Tolkiena katastrofa bardzo szybko staje się początkiem przygody. Łazik nie zamierza pogodzić się ze swoim losem. Chce odzyskać dawną postać i przede wszystkim wrócić do domu. A droga do domu okazuje się naprawdę niezwykła.
Podróżujemy razem z bohaterem przez miejsca, które mogłyby spokojnie stać się scenerią niejednej wielkiej opowieści fantasy. Jest księżyc, są głębiny oceanu, pojawia się smok, wąż morski, syreny oraz cała galeria magicznych istot. Tolkien bierze czytelnika za rękę i bez większego ostrzeżenia przenosi go z jednego niezwykłego miejsca do drugiego. I właśnie ta nieprzewidywalność jest jednym z największych atutów tej książki.
Czytając „Łazikantego”, miałem wrażenie, że uczestniczę w literackiej podróży, podczas której nigdy do końca nie wiadomo, co znajduje się za kolejnym zakrętem. A przecież właśnie takie historie mają w sobie coś wyjątkowego. Nie prowadzą nas grzecznie od punktu A do punktu B. Pozwalają się zaskakiwać. Otwierają drzwi do świata, w którym wszystko może się wydarzyć. Tolkien po raz kolejny udowadnia, że jego wyobraźnia potrafiła działać na najwyższych obrotach niezależnie od tego, czy tworzył monumentalną sagę fantasy, czy opowieść skierowaną przede wszystkim do młodszych czytelników. I to jest chyba najbardziej fascynujące w „Łazikantym”.
Historia jest pełna dziecięcej fantazji, humoru i przygód, ale jednocześnie ma charakterystyczny dla Tolkiena urok. Nie znajdziemy tutaj skomplikowanego świata Śródziemia, rozbudowanych genealogii czy wielkich konfliktów znanych z jego najbardziej monumentalnych dzieł. Jest za to prosty punkt wyjścia, który autor potrafił rozwinąć w historię pełną niespodzianek. To pokazuje, że prawdziwy kunszt pisarski nie zawsze polega na tym, aby stworzyć historię ogromną. Czasami wystarczy dostrzec niezwykłość w czymś pozornie zwyczajnym.
Czy można wymyślić coś bardziej Tolkienowskiego? „Łazikanty” zachwyca również stylem. Narracja jest lekka, swobodna i pełna uroku. Autor nie zasypuje czytelnika niepotrzebnymi opisami ani nie komplikuje historii ponad potrzebę. Zamiast tego pozwala jej płynąć, prowadząc nas przez kolejne przygody Łazika. Dzięki temu książkę można czytać z ogromną przyjemnością, niezależnie od wieku.
I choć jest to opowieść dziecięca, nie oznacza to, że dorosły czytelnik nie znajdzie w niej nic dla siebie. Wręcz przeciwnie. „Łazikanty” przypomina, jak wielką moc ma wyobraźnia i jak łatwo – nawet będąc dorosłym – zapomnieć, że niezwykłe historie mogą wyrastać z najbardziej zwyczajnych wydarzeń. Ta książka ma w sobie coś, co szczególnie cenię w literaturze – potrafi zostawić po sobie ślad. Nie dlatego, że próbuje na siłę być wielka i doniosła. Jest interesująca właśnie dzięki swojej prostocie, pomysłowości i niezwykłej fantazji autora.
Odkrywanie tej historii jest literacką podróżą, która pozostaje w czytelniczej psychice na długo. Bo kiedy poznamy losy Łazika, trudno już spojrzeć na zagubioną dziecięcą zabawkę dokładnie tak samo. Być może gdzieś tam, poza naszym wzrokiem, zaczyna się właśnie kolejna niezwykła przygoda? Dla mnie „Łazikanty” jest kolejnym potwierdzeniem tego, jak niezwykłym pisarzem był J.R.R. Tolkien. Za każdym razem potrafi odnaleźć drogę do czytelniczej wyobraźni i zrobić to w sposób, który nie pozostawia obojętnym. Tym razem nie potrzebował wielkiej armii, potężnych pierścieni ani epickich bitew. Wystarczył mały piesek i odrobina wyobraźni. A resztę zrobiła magia literatury.
Dla mnie to powieść zdecydowanie godna uwagi. Doceniam jej kreatywność, niezwykły pomysł, lekkość narracji oraz sposób budowania historii, który sprawia, że kolejne przygody Łazika chce się po prostu poznawać. To opowieść, która pokazuje, że wielka literatura może zaczynać się od małego, codziennego wydarzenia. Dlatego też mogę śmiało dodać „Łazikantego” do swojej czyt-NIKowej biblioteczki i przyznać mu miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. Bo jeśli książka potrafi przenieść czytelnika na księżyc, zanurzyć go w głębinach oceanu, spotkać ze smokiem, syrenami i magicznymi stworzeniami, a przy tym przypomnieć, jak piękna potrafi być dziecięca wyobraźnia, to zdecydowanie zasługuje na uwagę. J.R.R. Tolkien po raz kolejny udowodnił mi, że jego literacka wyobraźnia nie zna granic. A ja po raz kolejny z ogromną przyjemnością dałem się jej porwać.
Książka pt. "Łazikanty" ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka

