Największą siłą tej powieści są bohaterki. Nieidealne. Chwilami zagubione. Pełne lęków i wątpliwości. Ale jednocześnie niesamowicie prawdziwe. Emilia walczy o możliwość opowiadania historii w świecie, który odbiera kobietom prawo do głosu. Melina próbuje udowodnić, że talent nie powinien mieć płci. Obie są połączone niewidzialną nicią determinacji i pragnienia bycia zauważoną.
Bywają opowieści, które nie proszą o uwagę — one wyrywają ją siłą emocji, pasji i literackiego magnetyzmu. Wchodzą do głowy i serca niczym emocjonalny huragan, zostawiając po sobie zachwyt, wzruszenie i nieodpartą potrzebę poznania dalszego ciągu. „Gdybyś miała inne imię” autorstwa Jodi Picoult to właśnie taka powieść. Pełna namiętności, odwagi, bólu i marzeń, a jednocześnie niezwykle poruszająca historia o walce o własny głos w świecie, który przez wieki próbował odbierać kobietom prawo do bycia słyszanymi. Picoult prowadzi czytelnika przez tę emocjonalną podróż z taką siłą i wyczuciem, że od pierwszych stron trudno oderwać się od lektury choćby na moment.
Przyznam szczerze — było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Picoult. I jeśli każda jej książka niesie ze sobą podobny ładunek emocji, to już wiem, dlaczego autorka ma tak wierne grono czytelników na całym świecie. To była prawdziwa czytelnicza uczta. Historia, w której emocje buzują jak lawa pod powierzchnią ziemi, a każde kolejne wydarzenie sprawia, że serce bije szybciej. To opowieść dla wszystkich złaknionych porywów serca, literackiego piękna i bohaterów, których losy przeżywa się całym sobą.
Jodi Picoult stworzyła historię rozpisaną na dwóch liniach czasowych. Z jednej strony poznajemy Melinę Green — młodą dramatopisarkę, która próbuje przebić się w świecie teatru. Ma talent, pasję i historię, w którą wierzy całym sercem, ale rzeczywistość brutalnie przypomina jej, że kobiety nadal muszą walczyć o uwagę, uznanie i przestrzeń dla własnej twórczości. Gdy jej sztuka trafia na festiwal pod męskim pseudonimem, zaczyna się gra pełna napięcia, pytań o tożsamość i cenę sukcesu.
Z drugiej strony mamy Emilię Bassano żyjącą w elżbietańskiej Anglii. I właśnie ta część skradła moje serce najmocniej. Emilia jest kobietą inteligentną, błyskotliwą i niezwykle utalentowaną, ale żyje w czasach, które nie pozwalają kobietom świecić własnym blaskiem. Musi ukrywać swój geniusz w cieniu mężczyzn. A kiedy pojawia się pomysł, by jej sztuka została podpisana nazwiskiem Williama Szekspira, rozpoczyna się fascynująca literacka gra z historią.
Jodi Picoult nie idzie prostą drogą. Nie serwuje banalnej historii o niespełnionych marzeniach. Ona bierze legendę, historyczne domysły, emocje, teatr, kobiecą siłę i tworzy z tego opowieść, która rozgrzewa czytelnicze emocje do czerwoności. To książka pełna pasji — zarówno tej artystycznej, jak i tej bardziej osobistej, intymnej, ukrytej między spojrzeniami, słowami i niespełnionymi pragnieniami.
Największą siłą tej powieści są bohaterki. Nieidealne. Chwilami zagubione. Pełne lęków i wątpliwości. Ale jednocześnie niesamowicie prawdziwe. Emilia walczy o możliwość opowiadania historii w świecie, który odbiera kobietom prawo do głosu. Melina próbuje udowodnić, że talent nie powinien mieć płci. Obie są połączone niewidzialną nicią determinacji i pragnienia bycia zauważoną.
Czytałem tę książkę z ogromnym zaangażowaniem emocjonalnym, bo Picoult pisze tak, jakby doskonale wiedziała, gdzie dotknąć czytelnika. Potrafi budować napięcie subtelnie, ale skutecznie. Raz zachwyca pięknem słów, innym razem wbija emocjonalny sztylet prosto w serce. Są tu momenty wzruszające, romantyczne, bolesne i pełne gniewu. Są też chwile triumfu, które wywołują autentyczną radość.
Ogromnie podobało mi się również teatralne tło tej historii. Kurtyny, światła sceny, dramaty ukryte za kulisami, walka o uznanie i aplauz publiczności — wszystko to tworzy niezwykły klimat. Czuć, że teatr nie jest tu jedynie dekoracją, ale żywym organizmem. Miejscem, gdzie rodzą się marzenia i równie często zostają brutalnie zdeptane.
Nie sposób nie wspomnieć też o samym stylu autorki. Picoult pisze lekko, płynnie i niezwykle obrazowo. Nie ma tu zbędnego akademickiego zadęcia ani literackiego popisywania się formą. Jest za to opowieść, która płynie prosto do serca czytelnika. Dialogi brzmią naturalnie, emocje są autentyczne, a całość czyta się z ogromną przyjemnością. To jedna z tych książek, przy których człowiek mówi sobie: „Jeszcze jeden rozdział”, a chwilę później okazuje się, że jest środek nocy.
To także historia o tym, ile kobiet musiało oddać własne marzenia, by mężczyźni mogli błyszczeć. O talentach ukrywanych pod cudzym nazwiskiem. O pragnieniu bycia wysłuchaną. Ale jednocześnie Picoult nie zamienia tej opowieści w ciężki manifest. Ona przede wszystkim snuje fascynującą historię. Taką, która porusza emocje, zmusza do refleksji i sprawia, że czytelnik zaczyna zadawać pytania.
„Gdybyś miała inne imię” to książka o odwadze. O miłości do sztuki. O poświęceniu. O kobietach, które musiały walczyć o przestrzeń dla własnych słów. Ale to także historia o sercu — tym złamanym, zakochanym, spragnionym spełnienia i wolności.
Dawno nie trafiłem na powieść, która tak umiejętnie łączyłaby emocjonalną intensywność z literacką elegancją. Picoult stworzyła opowieść, która jednocześnie wzrusza, fascynuje i zachwyca rozmachem. To książka, która przypomina, że czasami największe historie rodzą się w cieniu cudzych nazwisk. Dlatego bez najmniejszego wahania mogę powiedzieć, że „Gdybyś miała inne imię” zasługuje na miano NIK — Najlepszej Interesującej Książki. To powieść, która nie tylko dostarcza emocji, ale również wzbogaca czyt-NIKową biblioteczkę o historię pełną pasji, siły i literackiego piękna.
Zachwyciła mnie kreatywność autorki, sposób prowadzenia fabuły i umiejętność budowania emocjonalnego napięcia. To był strzał w dziesiątkę. Książka, którą nie tylko się czyta, ale którą się przeżywa. I właśnie za takie historie kocha się literaturę.
Książka pt. „Gdybyś miała inne imię” ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego

