Największą siłą tego komiksu jest sposób, w jaki opowiada emocje bez taniego patosu. Nie ma tutaj moralizatorskiego gadania ani przesadnego dramatyzmu. Są za to dialogi, które brzmią naturalnie, sceny ciszy mówiące więcej niż tysiąc słów i bohaterowie, którym naprawdę chce się kibicować. Ruthye także wypada znakomicie – z jednej strony jest dzieckiem przepełnionym bólem, z drugiej kimś niezwykle odważnym. Relacja między nią a Karą rozwija się powoli, ale bardzo wiarygodnie.
Są komiksy, które czyta się dla widowiskowych walk, efektownych kadrów i superbohaterskiego rozmachu. I jest „Supergirl. Kobieta Jutra” – historia, która bierze to wszystko, wrzuca w kosmiczny wir emocji, a potem zaskakuje czymś znacznie ważniejszym. To opowieść o bólu, stracie, gniewie i dojrzewaniu. O szukaniu własnego miejsca w świecie, kiedy wszystko, co znało się wcześniej, dawno już przestało istnieć.
"Supergirl. Kobieta Jutra" autorstwa Toma Kinga i Bilquisy Evely nie jest typowym superbohaterskim komiksem. Jasne, mamy tu loty przez galaktykę, kosmiczne planety i międzygwiezdne pojedynki, ale sercem tej historii pozostają emocje. Kara Zor-El nie jest tutaj jedynie „kuzynką Supermana”. To dziewczyna, która pamięta zagładę Kryptona. Ktoś, kto utracił dom, bliskich i poczucie sensu. I właśnie dlatego ten komiks działa tak mocno.
Tom King świetnie pokazuje bohaterkę rozdrapaną wewnętrznie. Supergirl nie przypomina nieskazitelnej heroski z plakatu. Jest zmęczona, zagubiona i chwilami wręcz przytłoczona własnym istnieniem. Kiedy na jej drodze pojawia się Ruthye – młoda dziewczyna pragnąca zemsty za śmierć ojca – historia nabiera tempa. Ich wspólna podróż przez gwiazdy staje się czymś więcej niż pościgiem za mordercą. To droga przez gniew, żałobę i próbę odnalezienia siebie.
Największą siłą tego komiksu jest sposób, w jaki opowiada emocje bez taniego patosu. Nie ma tutaj moralizatorskiego gadania ani przesadnego dramatyzmu. Są za to dialogi, które brzmią naturalnie, sceny ciszy mówiące więcej niż tysiąc słów i bohaterowie, którym naprawdę chce się kibicować. Ruthye także wypada znakomicie – z jednej strony jest dzieckiem przepełnionym bólem, z drugiej kimś niezwykle odważnym. Relacja między nią a Karą rozwija się powoli, ale bardzo wiarygodnie.
I jeszcze te rysunki… Bilquis Evely stworzyła wizualne cudo. Każda plansza wygląda momentami jak obraz gotowy do oprawienia w ramkę. Kosmos tętni kolorami, planety mają własny charakter, a emocje bohaterów wręcz wylewają się z kadrów. Ogromną robotę robi też Matheus Lopes odpowiedzialny za kolory – dzięki nim ten komiks żyje, pulsuje i zachwyca od pierwszej do ostatniej strony.
Co ważne, „Supergirl. Kobieta Jutra” nie wymaga encyklopedycznej wiedzy o uniwersum DC. To historia bardzo ludzka, mimo całego kosmicznego anturażu. Można wejść w nią bez znajomości wcześniejszych wydarzeń i po prostu dać się porwać tej niezwykłej podróży. Nie dziwią więc nominacje do Nagród Eisnera i Hugo.
Ten komiks naprawdę zasługuje na uwagę, bo pokazuje, że historie superbohaterskie mogą być jednocześnie widowiskowe i głęboko emocjonalne. To opowieść o tym, że nawet ktoś obdarzony mocą potrafi czuć się samotny, zagubiony i pęknięty od środka.
„Supergirl. Kobieta Jutra” zdecydowanie zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. To komiks, który nie tylko świetnie wygląda na półce, ale przede wszystkim zostaje w głowie i sercu na długo po zakończeniu lektury. A takich historii każda czyt-NIKowa biblioteczka potrzebuje jak tlenu.
Komiks pt. "Supergirl. Kobieta Jutra" dostępny jest na stronie Egmont

