Już po kilku stronach wiadomo, że „Czerwona zima” Camerona Sullivana nie zamierza prowadzić czytelnika bezpieczną i przewidywalną drogą. Tu od początku czuć mrok, napięcie, tajemnice oraz emocje, które zostają w głowie na długo po zamknięciu książki. To powieść, która bierze za gardło klimatem, fascynuje rozmachem i udowadnia, że fantastyka może być jednocześnie inteligentna, niepokojąca i piekielnie wciągająca.
To moje pierwsze spotkanie z twórczością autora, ale już teraz mogę powiedzieć jedno – Cameron Sullivan potrafi pisać tak, że czytelnik nie tylko śledzi fabułę, ale wręcz zanurza się w nią po uszy. A kiedy książka kończy się zbyt szybko, pozostaje tylko jedno pytanie: czy autor napisał coś jeszcze?
Już sam punkt wyjścia tej historii działa na wyobraźnię. Inspiracja legendą o Bestii z Gévaudan to strzał w dziesiątkę. To przecież jedna z tych opowieści, które przez wieki rozpalały lęki i ciekawość ludzi. Tajemnicza bestia siejąca terror, pogranicze mitu i rzeczywistości, atmosfera strachu – wszystko to ma w sobie ogromny potencjał. Sullivan nie tylko go wykorzystał, ale twórczo rozwinął, budując z tego fundament pod opowieść pełną niepokoju, sekretów i ludzkich dramatów.
Akcja przenosi nas do roku 1785. Profesor Sebastian Grave otrzymuje wiadomość, której najbardziej się obawiał – Bestia powróciła. Już ten motyw uruchamia machinę napięcia. Czytelnik od razu wie, że za chwilę rozpocznie się podróż w ciemność. Co ważne, autor nie serwuje nam prostego starcia człowieka z potworem. Nie. Tu wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Sebastian zna Bestię. Ma z nią historię. Ma też przeszłość, od której nie sposób uciec. I właśnie tutaj zaczyna się największa siła tej książki.
Cameron Sullivan wykazuje się ogromną kreatywnością w konstruowaniu historii, która elektryzuje czytelnicze emocje. To nie jest opowieść podana liniowo, od punktu A do punktu B. To fabuła zbudowana warstwowo, pełna sekretów, relacji, dawnych ran i niedopowiedzeń.
Autor wie, kiedy odsłonić kartę, a kiedy jeszcze chwilę potrzymać czytelnika w niepewności. Dzięki temu kolejne rozdziały nie są tylko „czytane” – one są przeżywane.
Sebastian Grave to bohater, którego trudno zaszufladkować. Nie jest nieskazitelnym herosem, nie jest też papierową figurą stworzoną tylko po to, by walczyć z potworem. To postać z przeszłością, ciężarem wspomnień i emocjonalnym bagażem. Takich bohaterów chce się śledzić, bo są ludzcy – nawet wtedy, gdy otacza ich świat legend, grozy i fantastycznych cieni.
Na szczególne uznanie zasługuje również relacja Sebastiana z Antoine’em Avenelem d’Ocerne’em. Dawny kochanek, wspólna historia, mroczny sekret i powrót do wydarzeń, które nigdy nie zostały naprawdę pogrzebane – to materiał na emocjonalną bombę. Sullivan świetnie wykorzystuje napięcia między postaciami. W tej książce potwór czai się nie tylko w lesie czy mroku. Czasem potwór mieszka w pamięci, w żalu, w winie i w tym, czego nie da się cofnąć.
Ogromnym atutem „Czerwonej zimy” jest klimat. Czuć tu chłód, czuć wilgoć kamiennych murów, czuć zapach lasu i lęk ludzi, którzy wiedzą, że coś znów poluje. Autor maluje scenerię słowem bardzo sugestywnie. Nie przesadza, nie tonie w opisach, ale daje ich dokładnie tyle, ile trzeba, by czytelnik widział wszystko oczami wyobraźni. To jedna z tych książek, przy których świat zewnętrzny przestaje istnieć.
Styl autora również zasługuje na duże brawa. Narracja płynie pewnie, naturalnie i z wyczuciem rytmu. Nie ma tu zbędnych przestojów, nie ma przeciągania scen tylko po to, by nabić objętość. Jest za to wyczucie opowieści. Sullivan wie, jak dawkować napięcie, jak budować atmosferę i jak prowadzić historię tak, by czytelnik stale chciał więcej.
Warto też podkreślić, że „Czerwona zima” nie żeruje wyłącznie na grozie. Owszem, mrok jest obecny, ale równie ważne są emocje bohaterów, ich wybory, konsekwencje dawnych decyzji i pytania o to, czy naprawdę można pogrzebać przeszłość. To sprawia, że książka ma głębię, ale podaną bez nadęcia i bez moralizatorskiego tonu. Wszystko dzieje się organicznie, wewnątrz fabuły.
Jako czytelnik szczególnie cenię autorów, którzy potrafią stworzyć coś więcej niż tylko historię „na jeden wieczór”. Taką książkę zamyka się i natychmiast o niej zapomina. „Czerwona zima” działa inaczej. Ona zostaje. Wraca obrazami, scenami, pytaniami. Przypomina o sobie i prowokuje do myślenia. To znak literatury, która ma w sobie prawdziwą moc. Dlatego z pełnym przekonaniem doceniam kreatywność pisarza poprzez umieszczenie tej książki na półce NIK – Najlepszych Interesujących Książek. To miejsce dla tytułów, które oferują coś więcej niż chwilową rozrywkę. Dla książek z charakterem, z duszą, z pomysłem.
„Czerwona zima” zdecydowanie na tę półkę zasługuje. Jeśli lubicie opowieści z tajemnicą, mrokiem i bohaterami, którzy niosą własne demony, będziecie usatysfakcjonowani. Jeśli cenicie fantastykę, która nie idzie na skróty i potrafi połączyć legendę z emocjonalną prawdą – również trafiliście idealnie. Jeśli szukacie książki, która porwie Was od pierwszych stron i nie wypuści aż do finału – oto ona.
„Czerwona zima” to książka, która nasyci apetyty wszystkich czytelników złaknionych wyjątkowych czytelniczych wrażeń. Jest tu klimat, jest napięcie, są świetnie poprowadzone postacie i historia, która wbija pazury w wyobraźnię.
Moje pierwsze spotkanie z Cameronem Sullivanem okazało się spotkaniem bardzo udanym. Jeśli kolejne książki autora trzymają ten poziom, to zdecydowanie warto śledzić jego twórczość. A „Czerwoną zimę” polecam każdemu, kto chce poczuć dreszcz, zanurzyć się w mroku i przypomnieć sobie, że najlepsze historie rodzą się tam, gdzie legenda spotyka ludzkie serce.
Książka pt. „Czerwona zima” ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

