Gotham po okresie całkowitego odcięcia od reszty świata nie wraca do życia w sposób, jaki można by nazwać prostym „powrotem do normalności”. Tu nic nie jest normalne – i właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa. „Batman. Nowe Gotham. Tom 1” nie udaje, że po wielkiej katastrofie wystarczy postawić kilka nowych murów, przywrócić prawo i wszystko zacznie działać jak dawniej. Nie, tu wszystko nadal skrzypi, oddycha nierówno i wygląda jak miasto, które nauczyło się żyć z bliznami, ale wcale ich nie zaakceptowało.
Już od pierwszych stron czuć, że wracamy do Gotham, które jest bardziej polem minowym niż metropolią. Ludzie wracają do swoich domów, ale te domy często są już tylko adresami bez znaczenia. Ci, którzy przetrwali „Ziemię niczyją”, patrzą na powracających jak na intruzów. Ci powracający z kolei widzą w tych pierwszych dzikich lokatorów własnych wspomnień. I w tym napięciu komiks gra najgłośniej – nie w scenach walki, ale w spojrzeniach, niedopowiedzeniach i tym specyficznym uczuciu, że miasto zaraz znowu eksploduje.
Batman jest tu nie tyle symbolem, co strażnikiem kruchych resztek porządku. Nie ma w nim triumfu, jest raczej zmęczenie i upór człowieka, który wie, że Gotham nigdy nie przestanie go potrzebować, nawet jeśli sam Gotham ma go dość. Współpraca z Jamesem Gordonem to wciąż jeden z najmocniejszych filarów tej opowieści. Ich relacja nie jest już romantycznym sojuszem dwóch idealistów – to bardziej relacja dwóch ludzi, którzy wiedzą, że nie mogą sobie ufać w pełni, ale jeszcze mniej mogą pozwolić sobie na rozstanie.
W tym tomie bardzo dobrze działa też wątek Ra’s al-Ghula i Whisper A’Daire. Nie są to złoczyńcy „dla efektu”, tylko siła, która doskonale rozumie, że w mieście takim jak Gotham wystarczy lekko pchnąć rzeczywistość, żeby sama zaczęła się walić. Ich plan związany z tajemniczym serum dającym nieśmiertelność nie jest tylko klasycznym „MacGuffinem”, ale katalizatorem wszystkiego, co w Gotham i tak już wrze pod powierzchnią. Bo tu każdy chce czegoś więcej: kontroli, zemsty, przetrwania albo po prostu drugiej szansy.
To, co szczególnie cieszy, to sposób prowadzenia narracji. Greg Rucka, Ed Brubaker i Chuck Dixon nie próbują robić z tej historii jednego wielkiego fajerwerku. Zamiast tego budują opowieść z małych, precyzyjnych uderzeń. Każdy dialog ma wagę, każde spotkanie bohaterów niesie w sobie historię wcześniejszych wydarzeń, nawet jeśli nie są one wprost przypominane.
To komiks, który zakłada, że czytelnik nie jest tu przypadkiem – i dobrze, bo dzięki temu całość ma gęstość, której często brakuje współczesnym opowieściom superbohaterskim.
Fabuła nie spieszy się, ale też nie stoi w miejscu. To raczej rytm miasta: raz przyspiesza jak policyjny pościg, raz zwalnia do poziomu rozmowy przy słabym świetle latarni. I właśnie w tych spokojniejszych momentach „Nowe Gotham” pokazuje swoje najmocniejsze strony – w drobnych scenach odbudowy zaufania, w niepewnych decyzjach i w tym, że nikt tu nie ma czystych rąk, nawet jeśli próbuje je myć codziennie.
Ale nie da się mówić o tym komiksie bez zatrzymania się przy warstwie graficznej. I tutaj trzeba powiedzieć to wprost: to jest wizualna uczta. Shawn Martinbrough, Steve Mitchell, Paul Pope, Brent Anderson, Dick Giordano – każdy z nich wnosi coś innego, ale razem tworzą Gotham, które nie jest jednolite, tylko wielowarstwowe, brudne, ciężkie i jednocześnie dziwnie piękne. Kreska potrafi być surowa, niemal reporterska, by za chwilę stać się bardziej ekspresyjna, wręcz poetycka w swojej brutalności.
Kadry Gotham żyją własnym życiem. Cienie nie są tylko tłem – są współbohaterem historii. Światło latarni, neonów i policyjnych reflektorów nie oświetla miasta, tylko je zdradza. Widać tu ogromną dbałość o atmosferę, o rytm wizualny, o to, żeby czytelnik nie tylko śledził historię, ale też ją czuł. I trzeba przyznać, że w pełnym zachwycie wobec kunsztu tworzenia rysunków trudno przejść obok tego obojętnie. To jeden z tych komiksów, które można po prostu przeglądać bez czytania i nadal być pod wrażeniem.
„Batman. Nowe Gotham. Tom 1” to nie jest historia o odbudowie miasta w sensie architektonicznym. To historia o odbudowie napięć, konfliktów i złudzeń, że Gotham kiedykolwiek będzie „naprawione”. Ono nie jest do naprawienia – ono jest do przetrwania. I Batman doskonale o tym wie, nawet jeśli wciąż udaje, że walczy o coś więcej. W kontekście czyt-NIKowej biblioteczki ten tom zasługuje na szczególne miejsce. Nie tylko dlatego, że rozwija ważny fragment mitologii Mrocznego Rycerza, ale przede wszystkim dlatego, że robi to z rozmachem, inteligencją i świadomością ciężaru, jaki niesie historia Gotham. Dlatego bez wahania mogę powiedzieć: to komiks, który zasługuje na miano NIK – Najlepszej Interesującej Książki. I to NIK przez duże „N”, bo mamy tu do czynienia z opowieścią, która nie tylko interesuje, ale też zostaje w głowie na dłużej. To nie jest lekkie czytanie na jeden wieczór. To Gotham, do którego się wraca – nawet jeśli czasem nie ma się na to ochoty. Komiks „Batman. Nowe Gotham. Tom 1” dostępny jest na stronie Egmont

