W literaturze science fiction często spotykamy się z pytaniem, czy ludzkość jest sama we wszechświecie. Znacznie rzadziej autorzy zastanawiają się jednak nad czymś jeszcze bardziej niepokojącym – co stanie się, jeśli odpowiedź nadejdzie szybciej, niż jesteśmy na nią gotowi? „A jak Andromeda” Freda Hoyle’a i Johna Elliota to właśnie taka opowieść. Historia, która powstała na bazie słynnego serialu BBC, mimo upływu lat nie straciła nic ze swojej aktualności. W czasach sztucznej inteligencji, wszechobecnych algorytmów i technologii rozwijającej się szybciej niż nasza zdolność przewidywania skutków jej działania, książka brzmi zaskakująco współcześnie.
Fabuła rozpoczyna się od wydarzenia, które od dekad rozpala wyobraźnię naukowców i miłośników kosmosu. Grupa badaczy odbiera tajemniczy sygnał radiowy pochodzący z Galaktyki Andromedy. Nie jest to jednak zwykły komunikat. W przesłanej wiadomości znajdują się szczegółowe instrukcje pozwalające skonstruować niezwykle zaawansowany komputer. Naukowcy, kierowani fascynacją i głodem wiedzy, podejmują wyzwanie. Gdy maszyna zostaje uruchomiona, okazuje się, że jest dopiero początkiem znacznie bardziej skomplikowanej układanki.
Komputer przekazuje kolejne wskazówki, tym razem prowadzące do stworzenia żywego organizmu. W tym momencie historia nabiera zupełnie nowego wymiaru. Pojawia się pytanie, czy naukowcy nadal kontrolują sytuację, czy może stali się jedynie wykonawcami planu opracowanego przez obcą inteligencję. Im dalej posuwają się badania, tym większe rodzą się wątpliwości. Czy przekazywana wiedza jest darem? A może perfekcyjnie przygotowaną pułapką?
Największą siłą tej powieści jest atmosfera nieustannego napięcia. Autorzy nie potrzebują spektakularnych bitew kosmicznych ani widowiskowych katastrof. Niepokój budują stopniowo, niemal niezauważalnie. Każdy kolejny etap projektu przynosi nowe pytania i coraz mniej odpowiedzi. Czytelnik bardzo szybko zaczyna podzielać obawy Johna Fleminga – młodego naukowca, który jako jeden z nielicznych dostrzega zagrożenie kryjące się za pozornie bezinteresownym przekazem z gwiazd.
Fleming jest postacią, z którą łatwo się utożsamić. Nie jest nieomylnym bohaterem ani genialnym samotnikiem ratującym świat. To człowiek próbujący zachować zdrowy rozsądek w sytuacji, gdy wszyscy wokół zachwycają się możliwościami nowej technologii. Jego sceptycyzm staje się głosem rozsądku, który często ginie wśród entuzjazmu pozostałych badaczy. To właśnie dzięki niemu powieść zyskuje dodatkową głębię i staje się czymś więcej niż klasyczną historią science fiction.
Fred Hoyle, będący uznanym astronomem i popularyzatorem nauki, znakomicie wykorzystuje swoją wiedzę. Naukowe elementy nie przytłaczają czytelnika, ale sprawiają, że przedstawiona historia wydaje się niezwykle wiarygodna. Autor nie epatuje skomplikowanymi teoriami ani niezrozumiałym językiem. Wręcz przeciwnie – potrafi opowiadać o nauce w sposób przystępny, jednocześnie zachowując realizm. Dzięki temu łatwo uwierzyć, że podobny scenariusz mógłby wydarzyć się naprawdę.
Warto zwrócić uwagę na to, jak trafnie książka przewiduje wiele współczesnych problemów. Choć powstała wiele lat temu, porusza kwestie, które dziś wydają się wyjątkowo aktualne. Zaufanie do technologii, granice eksperymentów naukowych, odpowiedzialność badaczy za skutki swoich działań czy pytanie o to, czy każda zdobyta wiedza powinna zostać wykorzystana – wszystko to brzmi niezwykle współcześnie. Czytając „A jak Andromeda”, trudno nie myśleć o sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej czy coraz większej zależności człowieka od zaawansowanych systemów komputerowych.
Bardzo podobało mi się również to, że autorzy nie podają wszystkich odpowiedzi na tacy. Czytelnik sam musi zdecydować, komu ufać i jakie wnioski wyciągnąć z przedstawionych wydarzeń. Dzięki temu książka angażuje nie tylko emocjonalnie, ale także intelektualnie. Po zakończeniu lektury długo wraca się myślami do niektórych scen i pytań stawianych przez autorów. Nie oznacza to jednak, że jest to powieść trudna lub przesadnie filozoficzna. Wręcz przeciwnie. Historia została napisana w sposób dynamiczny i przystępny. Kolejne wydarzenia rozwijają się płynnie, a napięcie utrzymuje się od pierwszych stron aż do finału. To jedna z tych książek, które czyta się z autentycznym zainteresowaniem, chcąc jak najszybciej poznać dalszy ciąg wydarzeń.
Na szczególne uznanie zasługuje także klimat powieści. Autorzy umiejętnie łączą fascynację kosmosem z poczuciem zagrożenia płynącego z kontaktu z czymś całkowicie obcym. Nie mamy tutaj klasycznej inwazji kosmitów. Zagrożenie jest znacznie subtelniejsze, a przez to bardziej niepokojące. Przychodzi pod postacią wiedzy, której nie rozumiemy do końca, ale którą pragniemy wykorzystać. To właśnie ten pomysł sprawia, że „A jak Andromeda” wyróżnia się na tle wielu innych powieści science fiction.
Książka Freda Hoyle’a i Johna Elliota to znakomity przykład inteligentnej fantastyki naukowej, która nie starzeje się mimo upływu lat. To opowieść o ludzkiej ciekawości, ambicji i odpowiedzialności. O cienkiej granicy między odkryciem a katastrofą. O tym, że nie każde drzwi warto otwierać tylko dlatego, że ktoś zostawił nam do nich klucz.
„A jak Andromeda” dostarczyła mi wielu emocji, zmusiła do refleksji i przypomniała, dlaczego tak bardzo lubię ambitne science fiction. To książka, która bawi, fascynuje i niepokoi jednocześnie. Bez wątpienia zasługuje na wyróżnienie NIK – Najlepsza Interesująca Książka. To kolejna wartościowa pozycja wzbogacająca czyt-NIKową biblioteczkę, a zarazem lektura, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim miłośnikom inteligentnej fantastyki naukowej. Jeśli lubicie historie, które pozostawiają po sobie więcej pytań niż odpowiedzi i każą spojrzeć na rozwój nauki z nieco większą ostrożnością, koniecznie sięgnijcie po tę powieść.
Książka pt. "A jak Andromeda" ukazała się nakładem Domu Wydawniczego Rebis

