Czyt-NIK: Sopot poza sezonem w „Słonej krwi” jest wyjątkowo surowy, zimny i gęsty od mgły. Co sprawiło, że postanowił Pan odrzeć to popularne miasto z turystycznego blasku i uczynić z niego tak mroczne tło dla zbrodni?
Waldemar Borowski: Sopot w zbiorowej świadomości istnieje głównie jako kolorowa pocztówka – pełen słońca, gwarny, kojarzący się z luksusem i beztroską. Jednak każdy, kto spędził tam choć jeden przedwiosenny, marcowy świt, doskonale wie, że to miasto ma głęboko zakorzenioną, zupełnie inną naturę. I to właśnie ta druga, surowa twarz Sopotu fascynuje mnie najbardziej. Poza sezonem, gdy znikają turyści, a znad Bałtyku nadciąga gęsta, adwekcyjna mgła, miasto zrzuca swoją barwną fasadę. Staje się surowe, chłodne i na swój sposób widmowe. Słynny deptak pustoszeje, a secesyjne kamienice i portowe zakamarki, zamiast zachwycać, zaczynają rzucać długie, niepokojące cienie. Taki anturaż to idealne płótno dla rasowego, mięsistego kryminału noir. Ten wszechobecny chłód i zapach soli wdzierają się nie tylko pod kurtki moich śledczych, ale przede wszystkim do ich psychiki, potęgując poczucie osaczenia i samotności w walce ze złem. Odzieranie Sopotu z turystycznego blasku miało jednak w „Słonej krwi” o wiele głębszy, psychologiczny cel. Chciałem pokazać moment, w którym opadają wszelkie maski. Kiedy znika letni blichtr i sztuczne światła, na wierzch wychodzi czysta, naga rzeczywistość. Wtedy okazuje się, że prawdziwe, brutalne śledztwo nie toczy się w świetle jupiterów, ale w głębokich cieniach, tam, gdzie ludzie wolą nie zaglądać. Zamglone, zimowe Trójmiasto nie jest tu tylko tłem – stało się pełnoprawnym bohaterem, który współgra z mrokiem ludzkiej natury i tajemnicami, które od lat czekają pod powierzchnią.
Czyt-NIK: W książce „Słona krew” śledczy muszą całkowicie porzucić rutynowe schematy, by zmierzyć się z makabryczną zagadką z dna Bałtyku. Jak wyglądał u Pana proces tworzenia tak skomplikowanej, pełnej intelektualnych zwrotów akcji łamigłówki?
Waldemar Borowski: Zacznę od prostego wyznania: sam jestem absolutnym pasjonatem gatunku i po prostu kocham czytać kryminały. I to właśnie z tej perspektywy – wymagającego, czasem wręcz zblazowanego czytelnika – zrodziło się moje największe autorskie wyzwanie. Dzisiejszy rynek wydawniczy jest potwornie nasycony thrillerami i powieściami detektywistycznymi. Powiedzmy to sobie szczerze: w literaturze zbrodni było już chyba wszystko. Każdy motyw został prześwietlony na wylot, a każda metoda śledcza opisana z dziesięciu różnych stron. W tym gąszczu i natłoku bodźców zaskoczenie kogoś czymś zupełnie nowym graniczy dziś z cudem. Projektując architekturę intrygi w „Słonej krwi”, odrzuciłem więc wszelkie podręcznikowe szablony. Przyjąłem prostą, ale bezwzględną zasadę: jeśli w trakcie pisania uda mi się w logiczny sposób zaszachować i autentycznie zaskoczyć moich własnych bohaterów, a w konsekwencji zdezorientować i zaskoczyć czytelnika, to dopiero wtedy będę czuł, że dobrze wykonałem swoją robotę. Mój proces twórczy przypominał grę w szachy z samym sobą, gdzie jako autor musiałem być o dwa ruchy przed własną intuicją. Wpuszczałem śledczych w ślepe uliczki, z których sam w pierwszym odruchu nie widziałem prostego wyjścia, zmuszając ich chłodny intelekt do kapitulacji przed faktami. Kiedy analityczne schematy Mai i procedury Oskara przestawały działać, wiedziałem, że jestem na właściwej drodze. Ta skomplikowana łamigłówka nie powstała z chęci taniego epatowania twistami, ale z szacunku do odbiorcy – bo dziś tylko zmuszenie bohaterów do porzucenia rutyny pozwala stworzyć historię, której nie da się przejrzeć po kilku pierwszych rozdziałach.
Czyt-NIK: "Słona krew” mocno gra na emocjach czytelników i trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Czy pisząc tę historię, sam czuł Pan ten paraliżujący strach i niepokój, który tak silnie udziela się odbiorcom?
Waldemar Borowski: Będę z Państwem szczery: samego strachu czy paraliżującego niepokoju podczas pisania nie czułem. Gdyby te emocje rzeczywiście mną zawładnęły, zadziałałby we mnie naturalny odruch obronny. Jako medyk jestem ewolucyjnie i zawodowo zaprogramowany do tego, by w obliczu zagrożenia lub makabry instynktownie szukać bezpiecznego wyjścia i neutralizować źródło stresu. Gdybym jako pisarz zaczął się bać własnej opowieści, w odruchu samozachowawczym zacząłbym podświadomie łagodzić fabułę, skręcać w bezpieczniejsze rejony i oszczędzać bohaterów – a to zabiłoby całe napięcie. Prawdą jest jednak to, że w tej fabule siedziałem bez reszty. Mój proces nie opierał się na uleganiu emocjom, ale na bezwzględnej analizie. Pisząc każdą kolejną scenę, stawiałem samego siebie pod ścianą i pytałem: Co zrobiłbyś ty, żywy człowiek z krwi i kości, gdybyś w tej konkretnej minucie stał się bohaterem tej historii? Przeżywałem każdy krok moich postaci na chłodno, kalkulując ich szanse, potworne zmęczenie i sekundy, które dzielą ich od porażki. Myślę, że Czytelnik czuje paraliżujący lęk właśnie dlatego, że autor zachował zimną krew – tylko chirurgiczna precyzja w dawkowaniu realizmu pozwala stworzyć mrok, który rezonuje w głowie odbiorcy jeszcze długo po zamknięciu książki.

