...Od trzech lat pisanie właściwie mnie nie opuszcza. To coś, co przyszło do mnie zupełnie niespodziewanie – podczas wchodzenia na Pilsko pojawił się pierwszy pomysł na historię i od tamtej pory już mnie nie puściło...
Czyt-NIK: „Puknij się w aureolę!” – to tytuł, który od razu wywołuje uśmiech. Czy był pierwszym impulsem do napisania tej historii, czy narodził się dopiero wtedy, gdy Maja i jej aniołowie byli już w pełni „żywi”?
Monika Tarwid: Bardzo się cieszę, że tytuł wywołuje uśmiech – dokładnie taki był jego zamysł. Chciałam, żeby od razu sugerował, że w tej historii jest zarówno lekkość, jak i coś intrygującego.
Co ciekawe, długo nie mogłam znaleźć właściwego tytułu. Kiedy pisałam powieść, funkcjonowała roboczo jako „Anioły Majki”, ale od początku czułam, że to nie jest to. Pojawiały się różne pomysły – bardziej oczywiste, bardziej „anielskie” – jednak żaden z nich nie oddawał charakteru tej historii.
I wtedy, zupełnie przypadkiem, wszystko się wydarzyło podczas pisania jednej ze scen. Jeden z bohaterów mówi: „Puknij się w głowę!”. Zatrzymałam się i pomyślałam: jaką głowę? Przecież to anioł… niech się puknie w aureolę.
Poprawiłam zdanie i w tym samym momencie przyszła myśl: to jest tytuł. I od razu wiedziałam, że to ten właściwy.
Czyt-NIK: Gdyby mogła Pani wysłać jedną myśl z tej książki do czytelników, którzy – jak Maja – noszą na sobie emocjonalną zbroję, co chciałaby im Pani powiedzieć?
Monika Tarwid: Myślę, że każdy z nas nosi w sobie taką zbroję – tylko u każdego wygląda ona inaczej. Nie zawsze chronimy się przed miłością. Czasem odgradzamy się od ludzi, od rozmów, od zwykłej życzliwości. A czasem po prostu złościmy się na życie i na to, co nas spotyka.
Ja też kiedyś reagowałam właśnie w ten sposób. Dziś jest inaczej. Niedawno, wyjeżdżając od kuzynki, tak się na nią zapatrzyłam, że uderzyłam samochodem w bramę i zarysowałam błotnik. I co ciekawe – nie zdenerwowałam się. W ogóle. Bardziej ona, bo niechcąco nacisnęła na pilota i brama zaczęła się zamykać, czego ja – roztrzepana – nie zauważyłam.
Pomyślałam raczej, że może te kilka minut zwłoki, kiedy wysiadłam z samochodu, uchroniło mnie przed czymś znacznie poważniejszym. I naprawdę czułam spokój.
Z taką wiarą żyje się po prostu lżej. Wiarą w to, że wszystko dzieje się „po coś” i że – jakkolwiek to nazwiemy – ktoś nad nami czuwa.
I właśnie z taką myślą chciałabym zostawić moich czytelników: czasem warto zdjąć zbroję i zaufać, że nie jesteśmy w tym wszystkim sami.
Czyt-NIK: Po przeczytaniu książki „Puknij się w aureolę!” wpisałem Pani imię i nazwisko do mojego czytelniczego kajecika z adnotacją: „obserwować zapowiedzi wydawnicze”. Proszę zdradzić czy możemy spodziewać się kolejnych historii? A może Maja i jej aniołowie jeszcze kiedyś do nas wrócą?
Monika Tarwid: To bardzo miłe, dziękuję.
Od trzech lat pisanie właściwie mnie nie opuszcza. To coś, co przyszło do mnie zupełnie niespodziewanie – podczas wchodzenia na Pilsko pojawił się pierwszy pomysł na historię i od tamtej pory już mnie nie puściło.
Co ciekawe, wcześniej przez dwadzieścia lat funkcjonowałam wyłącznie w świecie liczb i zarządzania sprzedażą. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że napiszę książkę, pewnie – parafrazując tytuł mojej powieści – popukałabym się w głowę.
Dziś mam już napisaną kolejną powieść obyczajową i kilka następnych historii w trakcie tworzenia. A wśród nich… również kontynuację losów Mai i jej aniołów.
Więc zdecydowanie – będzie się działo.
Dziękuję. Monika Tarwid

