Czyt-NIK: W książce pt. „Beta reading od kuchni. Tom 1. Kompetencje. Narracja. Bohaterowie” pokazuje Pani, że beta reader to znacznie więcej niż „pierwszy czytelnik”. Który z mitów dotyczących beta readingu spotyka Pani najczęściej i dlaczego uważa Pani, że jest on szczególnie szkodliwy dla autorów?
Magdalena S. Matusiewicz: To dość trudne pytanie, ponieważ odpowiedzi może być wiele. Jednak najczęściej jest to przekonanie, że beta reader to zwykły czytelnik. Zwykły Kowalski, który po prostu dużo czyta a autorzy są też przekonani i o tym, że to wystarczy. W mojej książce starałam się przestawić to przekonanie, że beta reader powinien wiedzieć więcej ze struktury książki. Często zwracam uwagę właśnie na to, że dobry beta reader spojrzy na książkę głębiej i bardziej wnikliwie.
Czyt-NIK: Dużo miejsca poświęca Pani psychologii autora oraz emocjom towarzyszącym otrzymywaniu feedbacku. Czy zdarzyła się sytuacja, która szczególnie uświadomiła Pani, jak wielką odpowiedzialność bierze na siebie beta reader, przekazując swoje uwagi do tekstu?
Magdalena S. Matusiewicz: Ojej… tutaj trzeba długo opisać 😅. Ta część jest też efektem mojej kilkuletniej pracy jako edukator zawodowy w mojej poprzedniej pracy. Pracowałam z osobami z różnych kultur, z którymi mogłam porozumieć się jedynie za pomocą języka angielskiego, a niejednokrotnie tylko i wyłącznie z użyciem “body language”. To był pierwszy moment, kiedy zrozumiałam jak ważny jest sposób przekazu naszych uwag. Kolejnym punktem potwierdzającym potrzebę takich informacji były uwagi beta readera w stosunku do mojej własnej powieści. Z wieloma się nie zgadzałam, ale to już inna kwestia, ale beta readerka próbowała aż za bardzo. Jej uwagi aż emanowały wyższością i tym, że ona wie lepiej. Używała książkowych pojęć chcąc zbyt mocno pokazać swoją wiedzę. Ja to rozumiałam, z powodu własnego zawodu, ale zwykły Autor nie musi tego znać. Pamiętam jednak jednego autora z powieścią z gatunku klasycznego dramatu rodzinnego. Nazwijmy go Panem B.
Pan B zgłosił się do mnie z prośbą o analizę tekstu, ponieważ chciał wydać ją w trybie tradycyjnym, ważne dla niego były szczegóły i to, czy bohaterowie są wiarygodni. Dostałam plik, zaczęłam czytać, robić notatki… aż pewnego dnia Pan B. do mnie zadzwonił. Naprawdę się wystraszyłam, że stało się coś złego, ponieważ jego sposobem do kontaktu był tylko Messenger. Nie preferował rozmowy telefonicznej. Pan B. był wręcz rozstrzęsiony i stwierdził, że kończy pracę nad książką. Po rozmowie, dość długiej, okazało się, że to był efekt zbyt bezpośredniego feedbacku ze strony jednej bety. Udało mi się namówić go do tego by spróbował, bo to jedna kropelka w całym morzu. Wyjaśniłam, że takie recenzje też będą, ale to całkiem normalne. Ostatecznie Pan B. Podpisał umowę z wydawnictwem tradycyjnym. Dla ochrony delikatnej sytuacji specjalnie nie podaje szczegółów ani tytułu.
Podobny system działa w pracy redaktora. Tak naprawdę to ten konkretny przypadek sprawił, że zdałam sobie sprawę z odpowiedzialności, o którą zostałam spytana. Przejęłam powieść po redakcji przez dwie redaktorki. Znam je osobiście, z jedną nawet współpracowałam przy dwóch książkach. Organizowałam warsztaty “Pod okiem redaktora” a uczestniczka była jedna pisarka. Jej powieść została już zredagowana, ale dostałam informację od autorki, że redaktorki miały problem z zapisem rozmów poprzez SMS-y. Przy rozmowie wstępnej do ustaleń zakresu mojej pracy i analizy tekstu, okazało się, że potrzeba jeszcze raz zredagować tekst. Autorka była załamana, bo zapłaciła już mnóstwo pieniędzy a i te redaktorki miały nieprzyjemny sposób przekazywania swoich uwag. Momentami, sama odniosłam wrażenie, że próbują zmieszać z błotem i Autorkę, i bohaterów powieści. Te uwagi były straszne, naprawdę. Zero tolerancji z mojej strony na taki rodzaj feedbacku. To był kolejny moment, kiedy wiedziałam już, jak potrzebny jest ten rozdział.
Innym razem to naprawdę już znany pisarz uświadomił mi, jak ważna jest rola beta readera. Mowa tutaj o Arturze Urbanowiczu (którego gorąco pozdrawiam). Betowałam mu “Kultora” a feedback jaki chciał otrzymać, miał mieć formę rozmowy telefonicznej. Rozmawialiśmy ze trzy może nawet i cztery godziny. Od dawna wiedziałam, że Artur regularnie korzysta z bety, czy też testerów jak on ich nazywa. Przy “Kultorze” opowiedział mi o swoich doświadczeniach jako autor i jak niektórzy podeszli do tematu.
Nie planowałam tego rozdziału tak obszernego, po prostu się tak rozrósł 😂. Na ścieżce mojej kariery w tej branży pojawiło się wiele sytuacji, kiedy to sposób feedbacku miał znaczenie, zarówno dla mnie jak i dla autorów.
Czyt-NIK: „Beta reading od kuchni. Tom 1. Kompetencje. Narracja. Bohaterowie” nie jest tylko poradnikiem o analizie tekstu, ale także o budowaniu relacji między autorem a beta readerem. Gdyby miała Pani wskazać jedną cechę, bez której nie da się zostać naprawdę dobrym beta readerem, co by to było i dlaczego właśnie ta cecha jest najważniejsza?
Magdalena S. Matusiewicz: Ciężko wybrać mi jedną, dlatego połączę dwie cechy, które moim zdaniem są sobie równoważne. Analityczny obiektywizm. Może brzmieć to irracjonalnie w tym połączeniu, dlatego dla purystów językowych powiem – obiektywna analiza. Nie bez powodu mogę tutaj użyć tych dwóch słów zamiennie w swojej kolejności, lecz należy pamiętać o niuansie w ich znaczeniu.
Obiektywna analiza to sposób opracowania tego, co zauważył beta reader. Na schemacie opisałabym to tak: obserwacja + uzasadnienie + odniesienie do tekstu.
Nie byłabym sobą bez przykładowej opinii: „W połowie rozdziału tempo wyraźnie zwalnia. Nie dlatego, że scena jest spokojna, lecz dlatego, że bohater przez kilka akapitów powtarza informacje, które czytelnik już zna.”
Natomiast analityczny obiektywizm można potraktować jako postawę beta readera wobec tekstu.
I analogicznie przykład: „Nie polubiłam tego bohatera, ponieważ jego zachowanie w tej scenie odebrałam jako nieuzasadnione. Narrator wcześniej nie pokazał powodów, dla których miałby podjąć taką decyzję.”
Co ważne w kontekście tej cechy - beta reader nie musi być „obiektywny” w sensie absolutnym
Jest pierwszym czytelnikiem. Jego reakcja jest z natury subiektywna. Uważam wręcz, że beta reader nie powinien pozbywać się własnej subiektywności. Powinien umieć ją przeanalizować i ten aspekt pracy bety chce rozwinąć w drugim tomie. Nie jest jednak prosto opisać tego, że rolą beta readera nie jest „udawanie” pełnego obiektywizmu, lecz świadome oddzielanie własnych preferencji od analizy tego, jak tekst może działać na czytelnika. Między innymi z tego powodu prace nad drugim tomem się przeciągnęły.
Dlatego mój drogi beto – bądź sobą, ale analizuj nie tylko tekst, ale też i siebie. Twoi Autorzy to docenią.

