Aleksander Czeszkiewicz: Największym impulsem do napisania mojej książki „Déjà vu”, nie było podzielenie się z innymi jakimś jednym, konkretnym odkryciem, lecz pokazanie pełnego obrazu, jaki wyłania się po przeanalizowaniu setek przypadków z całego świata.
Niemniej jednak, dwie rzeczy w szczególności popchały cały ten projekt do przodu i doprowadziły mnie do wewnętrznego uczucia, że muszę jak najszybciej się tym tematem podzielić. Pierwszym odkryciem była naukowa hipoteza fuzji chromosomów, która w świetny sposób tłumaczyła wydzielenie się naszego gatunku od innych istot homoidalnych. Miała ona mieć miejsce około 200 000 lat temu i to właśnie wtedy, według genetyki, mieliśmy dostać intelektualnego „boosta” w postaci rozwoju kory czołowej, odpowiedzialnej za zaawansowane myślenie oraz innych niezwykle ważnych aspektów biologicznych, takich jak możliwość odczuwanie „wyższych” emocji. Jeśli w naszej obecnej formie naprawdę istniejemy od 200 000 lat (dzisiaj mówi się już o przedziale 315 000 do nawet połowy miliona lat temu), to czemu znana nam historia zaczęła się dopiero 5-6 tysięcy lat temu? Przecież to jest zaledwie kilka procent z życia naszego gatunku. Na pewno nie wpadliśmy wcześniej na pomysł stworzenia kultury? Nie wymyśleliśmy żadnego, choćby prymitywnego pisma? Co działo się przez te setki tysięcy lat aż do Rewolucji Neolitycznej?
Drugie odkrycie dotyczyło aspektu cykliczności historii. Wielu astrologów i badaczy przez lata próbowało sprawdzić, czy tak jak według ogromnej ilości naszych starożytnych przodków, rzeczywistość naprawdę może być cykliczna. W ostatnich latach najlepiej to ujął ś.p. David Wilcock, którego to właśnie odkrycie było drugim największym punktem motywacji, w szczególności do uwzględnienia aspektu cykliczności w mojej książce. Wilcock pokazał, że historia starożytnego Rzymu, archetypowo powtórzyła się w historii współczesnej innych krajów, dokładnie według starożytnego kodu precesji równonocy, który badałem już od dawna. Kod ten możemy znaleźć i w monumentach, takich jak Wielka Piramida w Gizie, i w najdawniejszych tekstach, takich jak Rygweda. W tamtym momencie zacząłem patrzyć na ten kod, jako na swego rodzaju „instrukcję” życia na Ziemi.
Czyt-NIK: Hipotezy o zaawansowanych przedpotopowych cywilizacjach bywają w tradycyjnym środowisku akademickim traktowane z dużą dozą sceptycyzmu. Jak udaje się Panu zachować balans między odważną, rozbudzającą wyobraźnię narracją a naukową rzetelnością, by nie wpaść w pułapkę czystej fantastyki?
Aleksander Czeszkiewicz: Staram się podchodzić do hipotez i źródeł o zaginionych cywilizacjach racjonalnie i balansować pomiędzy twardym stąpaniem po ziemi (jest ogromna masa dowodów na myśliwych zbieraczy, w przeciwieństwie do znikomej ilości dowodów na zaawansowane kultury prehistorii), a możliwościami (jak wiele tak naprawdę zbadaliśmy na Ziemi, ile razy się myliliśmy odnośnie naszej przeszłości, jak szybko rzeczy ulegają degradacji i czy mogą całkowicie nie zostawić po sobie śladów?) Jeśli mamy tak wiele podobnych do siebie źródeł dotyczących zaginionego epizodu z historii ludzkości, czy to zaginionych cywilizacji, czy to ogromnych kataklizmów, i są one opisane w sposób realistyczny, niesłużący często czystej metaforze, to czemu mielibyśmy je ignorować? Czy mogą one nie być zwykłą fantazją naszych przodków, lecz zmitologizowaną pamięcią po niezwykle dotkliwych wydarzeniach?
Czyt-NIK: W książce „Déjà vu” niezwykle sprawnie łączy Pan starożytne mity i przekazy (jak choćby ten o Atlantydzie z datowaniem sięgającym 9600 r. p.n.e.) z twardymi dowodami geologicznymi czy fizycznymi. Który z badanych śladów prehistorycznej, globalnej kultury zaskoczył Pana najbardziej podczas pracy nad książką?
Aleksander Czeszkiewicz: W powiązaniu tej prehistorycznej kultury bądź zaginionej cywilizacji z okresem przed końcem ostatniej epoki lodowcowej (ok. 9600 lat p.n.e.), najbardziej zaskoczyły mnie mity powodziowe, mówiące że wody potopu zostały uwolnione z jakiegoś wielkiego obiektu (np. żaby, smoka, lodowego giganta). Drugą, najmocniejszą i czysto fizyczną rzeczą była idea tego samego stylu architektonicznego, który znajdujemy na prawie całym starożytnym świecie.
Zaczynając od mitów: od Irokezów Ameryki Północnej, poprzez Nordyckie sagi, aż do hinduskiej Rygwedy – we wszystkich z tych opowieści posiadamy motyw potopu połączonego z wcześniejszym uwięzieniem wód w ogromnym „zbiorniku”, który po uderzeniu promienia słonecznego, walki bogów, bądź rozżarzonej strzały Indry, powoduje globalną powódź. Gdy to odkryłem, od razu wiedziałem, że mogą być to metafory roztopienia się lodowców pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, okresu który zbiega się czasowo z innymi legendami o zaginionych cywilizacjach i kataklizmem, min. zatopieniem Atlantydy przez Platona. Od tamtego czasu do dzisiaj, poziom wód mórz i oceanów wzrósł o ok. 120 metrów. Nie dziwmy się więc, że cokolwiek, co wtedy istniało, jeśli było wyspą bądź znajdowało się przy wybrzeżu, do dziś pozostaje przez nas nieodkryte.
Drugą rzeczą była, jak ja to często nazywam „globalna prehistoryczna megalityczna architektura”, czyli te same wielokątne bloki, niezwykle precyzyjnie wycięte i połączone ze sobą bez użycia zaprawy. Wiele z nich, jak te z Peru do dzisiaj zadziwia nie tylko alternatywnych badaczy, lecz nawet akademickich naukowców. Ten sam styl znajdziemy od Wyspy Wielkanocnej na Pacyfiku, poprzez Peru i regiony And w Ameryce Południowej, Europę i megality basenu Morza Śródziemnomorskiego, podstawy piramid i podziemne świątynie w Egipcie, po daleką Azję, regiony Chin i Japonii. Czy naprawdę wszędzie niezależnie od siebie zaczęto budować w ten specyficzny sposób? Czy nie łatwiej było użyć zaprawy, nawet choćby w postaci gliny (jak np. w królestwie Urartu z epoki żelaza w Turcji)? Czy zamiast idealnie dopasowywać bloki, posiadające czasami po kilkanaście gładko wyrzeźbionych krawędzi, nie użyto by innych, prostszych technik?
Bardzo dziękuję za wywiad i pozdrawiam serdecznie,
Aleksander Czeszkiewicz

