...Kim jest zatem prawdziwy mężczyzna? Jest sobą, ale na tysiąc sposobów. Nie ma potrzeby, żeby to definiować....
Czyt-NIK: Po lekturze „Beksy” doszedłem do wniosku, że musimy na nowo napisać definicję „męskości”. Czym się ona wyraża - siłą, wrażliwością? Proszę zdradzić jaki był Pana główny cel w stworzeniu tej historii?
Marcin Grzelak: Nie sądzę, że by męskość wymagała przedefiniowania. Skłaniam się raczej ku myśli, że ona wymaga uwolnienia czegoś ze środka, żeby się stała pełna. Mężczyźni są kompletni, przeżywają tak samo jak kobiety, cierpią, boją się, smucą, cieszą, mają nadzieję… Różni nas jednak to, że pewnych rzeczy nie możemy pokazać, bo z marszu stajemy się pośmiewiskiem. Różni nas również fizyczność, różni nas sposób przeżywania tych samych emocji, a łączy zupełnie paradoksalnie schemat. Tak, wiem że to brzmi niedorzecznie, ale podobnie jak kobiety zostały wpisane w pewną społeczną rolę, tak i mężczyźni się z taką rolą zmagają. Absurdem byłaby próba stawiania tu znaku równości, bo to my zrobiliśmy kobietom krzywdę, lecz z całą stanowczością podkreślam, że pewną krzywdę zrobiliśmy w ten sposób również sobie. Silny, nieulękniony, zdobywca, pan i władca, nigdy nie okazujący słabości… tego już nie chcemy. Chcemy móc nie mieć już na nic siły, chcemy mówić bez narażania na śmieszność, że nie dajemy rady, chcemy nie musieć udawać i taki nowy katalog odczuć wcale nie odbiera nam możliwości zdobywania świata. Kim jest zatem prawdziwy mężczyzna? Jest sobą, ale na tysiąc sposobów. Nie ma potrzeby, żeby to definiować.
Czyt-NIK: „Beksa” to bez wątpienia kryminał o jakże głębokim podłożu psychologicznym. Tutaj nie tylko wątek kryminalny będzie rozbierany na czynniki pierwsze, lecz przede wszystkim człowiek jako istota. W jakim gatunku literackim umieściłby Pan swoją najnowszą książkę? W sumie jaki ma Pan stosunek do „szufladkowania” literatury?
Marcin Grzelak: Moje poprzednie książki zostały sklasyfikowane, jako literatura piękna. Na takich półkach znajdziecie je we wszystkich księgarniach. Podobnie jest z „Beksą” chociaż kilku dystrybutorów wrzuciło tę powieść w kategorię obyczaju. Nikt jednak nie nazwał jeszcze tej książki wprost kryminałem i w moim odczuciu do kryminału jej daleko. Mieszam gatunki, piszę językiem „pięknej”, poruszam wątki obyczajowe, kładę opowieść na szkielecie historii kryminalnej, mam spore ciągoty do realizmu magicznego i dobrze mi z taką mieszanką. Klasyfikacja literatury jest potrzebna czytelnikom, bo łatwiej jest się poruszać w tym gąszczu propozycji w świecie, kiedy jest jakkolwiek uporządkowany. Potrzebna jest również wydawcom, bo oni celują w konkretną czytelniczą grupę. Czy jest jednak potrzebna autorowi? Nie sądzę. Sposób opowiadania historii jest integralną częścią jej twórcy i tak długo, jak autor posługuję się nim odruchowo, tworzy bez cienia cynizmu, możemy mówić o sztuce. Kiedy jednak nawet najbardziej sprawny pisarz pisze coś, co z góry zakłada określony efekt osiągnięty na zamierzonej grupie odbiorców, zaczynamy mieć do czynienia wyłącznie z rzemiosłem.
Czyt-NIK: „Pułapka na anioły”, „Cukier na duszy”, „Beksa”. „……..” jaki tytuł możemy wpisać w zakropkowane miejsce. Mam na myśli tytuł Pana najnowszej książki? Kiedy przyjdzie ta chwila?
Marcin Grzelak: Zapiszmy proszę grubymi literami tytuł „Czarne mleko”. Daleko mi jeszcze do zakończenia pracy nad tą książką, ale zakładam, że ukaże się w następnym roku i pod takim właśnie tytułem, bo będę go za wszelką cenę bronił. Moim celem jest wydawać jedną książkę rocznie. Wiele rzeczy na to wpływa, począwszy od tego jak bardzo zaangażowany jestem w pracę zawodową, będącą moim głównym zajęciem, przez to jak wiele czasu zajmuje mi wyprowadzenia tekstu do miejsca, w którym mogę powiedzieć „zwalniam”, skończywszy na tym, że jestem w tak komfortowym miejscu swojego życia, że nic nie muszę, a wszystko mogę. Fajnie mi z tym, dobrze tworzy się bez presji czasu, bez presji oczekiwań. Dobrze się tworzy dla siebie samego, żeby móc efekt tej pracy z dumą i spokojem zaoferować odbiorcy. Życzę sobie takiego stanu na zawsze.

