Czyt-NIK: W „Świecie w płomieniach” stworzył Pan niezwykle sugestywną wizję roku 2033, w którym III Rzesza zwyciężyła i przejęła władzę nad światem. Jak wyglądał proces budowania tej alternatywnej rzeczywistości i który element tego świata był dla Pana największym wyzwaniem?
Krzysztof Koziołek: W tym przypadku było tak, jak w większości moich powieści, to znaczy uważnie obserwowałem rzeczywistość, to, co się wokół nas dzieje. Bo – tu może być ogromne zaskoczenie dla czytelniczek i czytelników, którzy tej książki jeszcze nie czytali – mimo że „Świat w płomieniach” jest historią alternatywną, to ma o wiele więcej wspólnego z naszym światem, niż mogłoby się nam wydawać. To zresztą pokazuje, jak niewiele potrzeba, aby jakiś system skręcił w stronę totalitaryzmu. Co więcej, w dobie wszechobecnych fake newsów i coraz większych problemów ludzi i ludzkości ze zdroworozsądkowym myśleniem, hasło z okładki mojej książki – „Kłamstwo zalajkowane tysiąc razy staje się prawdą” – nabiera zupełnie innego wymiaru. Niestety, w takiej smutnej rzeczywistości przyszło nam żyć.
Czyt-NIK: Powieść łączy w sobie thriller, historię alternatywną oraz bardzo silny ładunek emocjonalny związany z miłością, zdradą i poświęceniem. Co było dla Pana ważniejsze podczas pisania tej książki – ukazanie mechanizmów totalitarnego świata czy opowiedzenie historii ludzi próbujących zachować człowieczeństwo w nieludzkich czasach?
Krzysztof Koziołek: Wydaje mi się, że jedno wynikało naturalnie z drugiego. Nie da się opisywać mechanizmów rządzących otaczającym nas światem bez pokazywania go z perspektywy tworzących go ludzi. Podobna zasada tyczy się świata przedstawionego, który pisarz tworzy w głowie i przelewa na przysłowiowy papier. Nie mi to oceniać, ale myślę, że historia stworzona w „Świecie w płomieniach” jest tak mocna właśnie za sprawą występujących w niej bohaterów, nie tylko tych ze świecznika nazistowskiej władzy czy członków resztek ruchu oporu, ale „zwykłych” obywateli, którzy ten świat tworzą. Pamiętajmy, że nazistowskie Niemcy w latach 1933-1945 nie tworzyły jedynie elity NSDAP czy SS, tworzyły je masy, które dały się porwać promowanej przez te instytucje ideologii. A że trafiły na podatny wówczas grunt, cóż, dzisiaj jest niewiarygodnie podobnie. Historia zatacza koło, co samo w sobie jest przerażające. Tak jeszcze dodam, żeby niektórych uspokoić: „Świat w płomieniach” jest historią z pewnym przesłaniem, ale ono jest gdzieś w tle, to jest przede wszystkim powieść akcji, gdzie różne wątki splatają się w finale, mam nadzieję, dość nieprzewidywalnym dla odbiorcy.
Czyt-NIK: Losy bohaterów „Świata w płomieniach” pokazują, że walka o wolność często wymaga ogromnych wyrzeczeń. Czy podczas pracy nad powieścią któryś z bohaterów szczególnie Pana zaskoczył i sprawił, że historia potoczyła się inaczej, niż początkowo Pan planował?
Krzysztof Koziołek: Biorąc pod uwagę spore doświadczenie – w tym roku mija dwadzieścia lat pracy twórczej – wyrobiłem już w sobie mechanizmy, które pozwalają mi panować nad bohaterami angażowanymi do mniejszych czy większych ról w powieściach (śmiech). A już na poważnie: można pisać, planując wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Po drugiej stronie tej pisarskiej barykady mamy tzw. flow, czyli puszczenie wodzów fantazji i pozwalanie, aby historia porywała autora czy autorkę niczym wzburzona górska rzeka tuż po obfitych opadach deszczu. Niektóre powieści tworzyła w ten sposób Agata Christie czy Raymond Chandler, że wymienię dwoje z puli moich ulubionych autorów. Każdy z tych sposobów ma swoje plusy i minusy, a czasami można je też łączyć, co niekiedy przynosi spektakularne, choć nieoczekiwane efekty (śmiech). W przypadku „Świata w płomieniach” nie mogłem pozwolić sobie na zbyt wiele spontaniczności, bo to jest taka układanka z rozsypanych początkowo puzzli, gdyby mi któryś z nich „uciekł”, efekt finalny by się nie spiął. Ale mogę zdradzić, że sama końcówka książki rozwijała się do ostatniego momentu, ostatniego stuknięcia palcami w klawiaturę. Więcej nie ujawnię, żeby niczego nie spojlerować (śmiech). I już na koniec: bohaterem, któremu pozwoliłem na odegranie kluczowej roli, dużo większej i ważniejszej niż pierwotnie dla niego planowana, to Karl Weber, dyrektor Departamentu Programowania i Eksploatacji Zaawansowanych Systemów Sztucznej Inteligencji w Ministerstwie Informacji i Nowych Mediów.

