...Pół żartem, pół serio można więc powiedzieć, że miłość Eweliny do heavy metalu ma swoje źródło również we mnie. Ale to nie jest wyłącznie prywatny trop. Z moich obserwacji wynika, że osoby o buntowniczym charakterze bardzo często odnajdują się właśnie w tej muzyce — mimo jej pozornej agresji. Heavy metal bywa zaskakująco emocjonalny, szczery i wrażliwy, a to dobrze rezonuje z takimi osobowościami...
Czyt-NIK: Chemnice, małe miasteczko odcięte od świata tajemniczym lasem, ma w sobie wyjątkowy, niepokojący klimat. Co było inspiracją do stworzenia takiego miejsca i jakie znaczenie pełni ono w całej serii „Plemię Światła i Cienia”?
Bartłomiej Kilański: Chemnice są dla mnie archetypowym miasteczkiem, które zna właściwie każdy — nawet jeśli nigdy tam nie był. Inspiracją były rozmowy z koleżankami, które przyjeżdżały do Wrocławia na studia i już tu zostawały, ale co jakiś czas musiały wracać „do siebie”. Do świata, w którym historia miesza się ze współczesnością, a przeszłość nigdy do końca nie chce odpuścić.
To są miejsca, z których bardzo chętnie się ucieka, kiedy ma się dwadzieścia lat — i do których niezwykle trudno się wraca, gdy już raz zobaczyło się coś więcej. Nie chodzi tylko o pracę czy pieniądze, ale o perspektywę. Chemnice w całej serii są właśnie taką przestrzenią: punktem odniesienia, który ciągle ciągnie wstecz, nawet jeśli bohaterowie próbują iść dalej. Oczywiście Chemnice mają swój fizyczny odpowiednik na mapie, ale w powieści nie są odwzorowaniem żadnego konkretnego miejsca. To raczej zlepek różnych miasteczek z różnych części Polski — takich, które znamy z doświadczeń, rozmów i wspomnień. Chemnice są więc bardziej zjawiskiem socjologicznym niż punktem geograficznym: przestrzenią, w której pewne mechanizmy powtarzają się niezależnie od regionu czy historii danego miejsca.
Czyt-NIK: Ewelina Czarnowska to bohaterka z mocnym charakterem i burzliwą przeszłością. Jak wyglądał proces kreowania tej postaci i dlaczego zdecydował się Pan uczynić z niej fankę heavy metalu?
Bartłomiej Kilański: Ewelina powstała z połączenia kilku archetypów — przede wszystkim dziewczyny-buntowniczki, idącej pod prąd, o dużej wrażliwości na świat i silnej potrzebie autonomii. Zależało mi jednak, żeby nie stworzyć kolejnej kalki takiej postaci, więc od początku szukałem dla niej czegoś, co nada jej autentyczności.
W naturalny sposób „dokleiłem” jej odrobinę własnych cech. Pół żartem, pół serio można więc powiedzieć, że miłość Eweliny do heavy metalu ma swoje źródło również we mnie. Ale to nie jest wyłącznie prywatny trop. Z moich obserwacji wynika, że osoby o buntowniczym charakterze bardzo często odnajdują się właśnie w tej muzyce — mimo jej pozornej agresji. Heavy metal bywa zaskakująco emocjonalny, szczery i wrażliwy, a to dobrze rezonuje z takimi osobowościami.
Czyt-NIK: W „Krwi ziemi” łączy Pan fantasy, horror, thriller i dramat psychologiczny. Jak udało się Panu znaleźć równowagę między tymi gatunkami i czy któryś z nich jest Panu najbliższy jako czytelnikowi oraz jako twórcy?
Bartłomiej Kilański: To była moja pierwsza powieść, więc na starcie stanąłem przed dość prostym wyborem: napisać coś „modnego”, wpisującego się w aktualne trendy, albo spróbować uczciwie nazwać i opisać to, co naprawdę mi w duszy gra. Wybrałem to drugie — nawet jeśli oznaczało większe ryzyko.
Pierwotnie „Krew ziemi” miała być horrorem, ale w trakcie pisania bardzo szybko okazało się, że historia domaga się czegoś więcej. Naturalnie zaczęły pojawiać się elementy thrillera, fantasy i dramatu psychologicznego — nie jako ozdobniki, ale jako różne języki opisu tego samego świata i emocji. Zresztą podobnie było z samą formą: miała to być jedna powieść, a z rozpędu powstały już cztery tomy, które planuję sukcesywnie wydawać.
To połączenie gatunków jest bardzo „o mnie”. Każdy z nich jest bliski temu, co sam lubię czytać i czym się emocjonalnie interesuję. Traktuję to trochę jak w muzyce — często właśnie na styku dwóch czy trzech gatunków powstaje nowa jakość, która nie jest prostą sumą składników, ale czymś zupełnie osobnym. I dokładnie taką drogą poszła ta historia.

