...Inaczej ocenia się ludzi na chłodno, inaczej bliskich, jeszcze inaczej pod wpływem wspomnianych emocji. Takowe targają mną niemalże ustawicznie. Lubię ludzi, mam to chyba także po przodkach. Utkana jestem z wątpliwości, wstydzę się mojej niewiedzy, dlatego dociekam. Bo chcę wiedzieć i poznawać, zmieniać perspektywę patrzenia na otaczający mnie świat i człowieka...
Czyt-NIK: Skąd wzięła się inspiracja do napisania „Pocztówki z Watykanu”?
Aneta Wybieralska: Z życia. 😊
Krótko i na temat: Z życia się wzięła, Panie Redaktorze. Wszystkie moje powieści oparte są na faktach, głównie z mojego życia zawodowego i prywatnego.
Pilotowanie wycieczek zagranicznych mam jakby we krwi. Wyssałam byłam z mlekiem ojca i matki, bo rodzice też pilotowali wycieczki zagraniczne. Zaczęłam mając dziewiętnaście lat, będąc po kursach specjalistycznych. Całą otoczkę tegoż opisałam w mojej drugiej powieści pt. „Pozdrawiam z demoluda”. Jak wspomniano w blurb, (Cyt.:) (…) Miejscem zaś, z którego autorka spogląda na socjalistyczną rzeczywistość, jest fotel autokaru wiozącego polskich turystów do bratnich krajów demokracji ludowej. (…)”
Stojąc na kolejnym moim zawodowym zakręcie, a raczej życiowo-zawodowej pętli, chciałam powrócić do tej pasji. Ktoś mi bliski przypomniał sobie bowiem, że ja mam ważne uprawnienia pilockie. By nie zgnuśnieć do szczętu, zdecydowałam się na ten zgoła desperacki krok.
„Pocztówkę z Watykaniu”, którą najpierw zatytułowałam „Pozdrawiam z Watykanu”, a to w nawiązaniu do wspomnianego „demoluda”, zaczęłam pisać jakieś trzy lata temu. Bezpośrednie inspiracje były dwie. Kolejny życiowy zakręt i utrata kolejnej pracy na emeryckim etacie, co za tym idzie – niedobór środków na przyzwoitą egzystencję. A przecież ja bez pracy nie mogę funkcjonować. I wtedy znowu ten wcześniejszy Ktoś przypomniał sobie o pilotażach. Ta opcja zarabiania pieniędzy i podróżowania po Europie nie wchodziła już w rachubę. Primo, zrobiłam się leciwa, a pilotowanie to ciężka i ponadnormatywna, na dodatek słabo opłacana praca. Po drugim wejściu do tej samej rzeki miałam swoistą podróżniczą traumę. Secundo, zmieniły się realia turystyki i grupowego podróżowania, funkcjonowania Touroperatorów, opiekę nad turystami przejęli natomiast rezydenci i Polacy zamieszkali za granicą. Tak jest prościej i taniej. Wiadomo; pieniądze. No i postęp technologiczny.
Druga, bardziej bezpośrednia inspiracja, impuls jakby, to kolejny koszmarny sen nawiązujący do wspomnianej podróżniczej traumy.
Trzeba było to wszystko z siebie wyrzucić w myśl Freudowskiej tezy, że człowiek nigdy nie pozbędzie się tego, o czym milczy. Tamtejsze przeżycia musiałam z siebie zmyć, wydalić. Ta powieść to kolejne moje Katharsis. Takie twórcze odreagowanie, zarazem autoterapia. Na razie dość skuteczna, a lepszej, jeśli w ogóle jakaś jest, nie próbowałam.
Czyt-NIK: Jak udaje się Pani łączyć lekki, humorystyczny styl narracji z głębszymi refleksjami o życiu i czy czerpała je Pani z własnych doświadczeń, obserwacji ludzi, a może z wyobraźni?
Aneta Wybieralska: Nie wiem. 😊 Nie wiem, jak udaje mi się łączyć, czynię to bowiem na poły nieświadomie. Powyższe wynika chyba z mojego dość pogodnego charakteru, dalej: umiejętności żartowania z siebie, szczerzenia zębów w uśmiechu maskującym zdenerwowanie, zażenowanie, wstyd, wściekłość, chęć przywalenia adwersarzowi w pysk, werbalne obrażanie interlokutora. Kogokolwiek. Albo zdumienia czy sytuacji „towarzyskiej”, podczas której nie bardzo wiem, co mam powiedzieć i jak odpowiedzieć. Rzec by można, że u z tej umiejętności czyniłam moją życiową dewizę.
Czy słusznie? Czy się podobam z taką narracją? Ba! To już oceni Czytelnik i moi bliżsi oraz dalsi Znajomi.
Fakt, że mam trochę ponadprzeciętnie wybujałą wyobraźnię, nie chroni mnie przed popełnianiem błędów i robieniem głupot. Czasami pakuję się w idiotyczne interakcje i sytuacje opisane w „Pocztówce”. Wolę się z nich śmiać, obracać w żart, pukać się w czoło z uśmiechem na ustach, niż narzekać jojcząco, mędzić i zatruwać innym życie. Nierzadko jest to przysłowiowy śmiech przez łzy. Choć zdaje sobie sprawę, że tragedie, kataklizmy, nieszczęścia i ludzka niedola sprzedają się o wiele lepiej niż ten mój dziwaczny humor i autoironia.
Co do drugiej części pytania Pana Redaktora, to nie muszę niczego wymyślać. Ani zmyślać, fantazjować. Moje długoletnie życiowo zawodowe doświadczenie, ustawiczna chęć uczenia się czegoś nowego, przede wszystkim ciekawość ludzkiego wnętrza, ludzkiej psychiki, zainteresowanie człowiekiem jako najistotniejszym elementem kultury, pozwala mi najczęściej na wyciagnięcie prawidłowych wniosków. I jeszcze jedna istotna kwestia; ja lubię słuchać i analizować. Może trochę za bardzo, może zadaję zbyt dużo pytań oczekując mądrych odpowiedzi, ale to także cała ja. To jasne, że zdarzają się mi pomyłki w ocenie ludzi, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi jakieś uczucie wyższe, ogromne emocje. Inaczej ocenia się ludzi na chłodno, inaczej bliskich, jeszcze inaczej pod wpływem wspomnianych emocji. Takowe targają mną niemalże ustawicznie. Lubię ludzi, mam to chyba także po przodkach. Utkana jestem z wątpliwości, wstydzę się mojej niewiedzy, dlatego dociekam. Bo chcę wiedzieć i poznawać, zmieniać perspektywę patrzenia na otaczający mnie świat i człowieka.
Nie zgodzę się z Panem, że te refleksje o życiu są „głębsze”. Są raczej płytkie, niepełne. Nazwałabym je raczej niekonwencjonalnymi lub kontrowersyjnymi. Nobody is perfect, ja bynajmniej na pewno nie jestem. A że przy okazji niezły ze mnie psycholog? Cóż. Dziękuję za komplement. Miło mi, że jestem w czym niezła.
Odsyłam do moich poprzednich powieści. To są podobne w narracji, autoironiczne i na upartego uchodzące za komedie obyczajowe studia o życiu i ludziach. Wszystkie oparte na doświadczeniach moich i na obserwacji osób, z którymi miałam do czynienia zawodowo lub prywatnie.
Czyt-NIK: Co chciałaby Pani, aby czytelnicy zapamiętali z „Pocztówki z Watykanu” na długo po przeczytaniu?
Aneta Wybieralska: Wszystko. 😊 Przede wszystkim chciałabym mieć całe mnóstwo zadowolonych Czytelników, którzy na kanwie tej powieści powspominają swoje doświadczenia i swoje przygody. Nabiorą uśmiechniętego dystansu do nich, a przy okazji do siebie. Dalej, żeby nie oceniali ludzi po pozorach, nie dali sobą manipulować, potrafili korzystać z własnego rozumu i doświadczeń. I żeby nie robili niczego pod przymusem, wbrew swojej woli. Żeby nie chcieli na siłę przypodobać się innym idąc za głupią nowomodą. A to, niestety, stało się normą, zwłaszcza u ludzi młodych.
Zachowali indywidualność, ta bowiem jest naturalna i świadczy o rozwoju intelektualnym.
Żeby moi Czytelnicy nauczyli się spełniać marzenia. Uśmiechali się do ludzi. Nie bali się popełniać błędów. Podróżowali, byli otwarci na inność. Żeby umieli żyć!

